America full of happiness fighters

 

Mój tata wyleciał do USA kiedy miałam 7 lat. To były trudne chwile. Ciągle wierzyłam, że kiedyś wróci. Dostawałam paczki z pomarańczami, cytrynami, szynkami i zabawkami. I listy z włożonymi pomiędzy strony dolarami. Chodziłam co jakiś czas na zakupy do Pewexu i kupowałam pachnące mydełka, perfumy i lalki. Ale ciągle wierzyłam, że on kiedyś wróci. 
Losy człowieka jednak układają się bardzo różnie. Są tacy co wyjeżdżają i wracają. Mój tata nie wrócił nigdy. Ale to nie była decyzja Taty, to była wspólna decyzja moich rodziców. Jestem pewna, że zrobili co mogli, byśmy z bratem nie odczuli tego rozstania. I ja do niedawna jeszcze byłam przekonana, że to się udało. Ale dziś wiem, że odczułam to znacznie. Wszystko to ze mnie wychodzi do dziś. Ale to już zupełnie inna historia. I z pewnością nie na dziś. 

 

Tata zawsze umiał się „zakręcić”. Wychował się na wsi. Pracował w polu. Doił krowy. Nawoził, kopał, kosił i doglądał. Potem przeniósł się do miasta, które miało niewiele ponad 20 tysięcy mieszkańców. Tu pracował w przedsiębiorstwie. Po pracy handlował złotem i dywanami czyli robił tak zwane „interesy”. Zawsze wierzył, że jest zdolny do czegoś więcej niż zajmowanie się gospodarstwem rolnym.

 

Wyjechał do Ameryki również w to wierząc. Śmiechom za plecami nie było końca. Ale czy można się było dziwić? On poleciał w ten wielki świat z jednym numerem telefonu (do kogoś, kto miał niby pomóc) i z przekonaniem, że osiągnie sukces. Więc to było oczywiste, że mało kto wierzył że mu się uda. Przeszedł ciężkie chwile w drodze do swoich marzeń. Był aresztowany, przeprawiał się przez rzekę z ubraniami w ręku nad głową, spał pod mostem, pracował 20 pięter nad ziemią myjąc szyby, malował, tęsknił za dziećmi, wziął rozwód, nie miał na opłaty… Ale przenigdy nie zapomniał o swoich marzeniach…Trudno to teraz analizować. Sama do końca nie wiem jak to było i co mój Tata czuł i ile kosztowała go ta walka o siebie. Walka, którą w końcu, po latach wygrał. 

 

Kiedy miałam 15 lat, w corocznej loterii wizowej wylosowałam zieloną kartę. Magiczną zieloną kartę, która uprawniała mnie do wjazdu i stałego pobytu w USA. Nigdy nie planowałam tu zostać, ale ogromnie chciałam zobaczyć ten kraj. Zobaczyć jak mieszka Tata i jakie życie wiedzie. Szybko okazało się, że aby utrzymać zieloną kartę muszę do tego kraju przylatywać co roku. 
I tak zaczęła się moja przygoda z Ameryką. 
Przylatywałam, spotykałam się z Tatą, dostawałam pieniądze na niesamowite zakupy… odlatywałam i potem cały rok czekałam na kolejny wylot. Ale zostać nadal nie chciałam. Nawet wtedy kiedy Tata tłumaczył mi jaka mnie świetlana przyszłość tu czeka. Jakie studia mogę skończyć. Jak marzenia mogę swoje spełnić najskrytsze. Jak nie będę musiała nigdy martwić się o pieniądze, bo ten kraj daje możliwości, podsuwa pomysły, i tu jest po prostu łatwiej.

 

Ja jednak skończyłam liceum i rozpoczęłam studia w Polsce. Tata pomagał. Rozpoczęłam pierwszą pracę w Polsce. Tata pomagał. Wyszłam za mąż (oczywiście w Polsce). Tata pomagał. Urodziłam dziecko. Tata…. no nie, tego już było dość. 
Spakowaliśmy się w dwie walizki. Całe nasze prawie trzydziestoletnie życie było w tych dwóch walizkach. Czyli wszystko co niezbędne by móc postawić pierwsze kroki i wszystko co wartościowe, by oprzeć na tym swój emocjonalny byt w tej wielkiej, obcej Ameryce. Dwie podkoszulki, 5 par majtek, skarpety, ładna sukienka…. zdjęcia z wesela. Paszporty, mleko dla dziecka na początek zanim nie przyzwyczai się do nowego. Ciekawe czy nas na lotnisku nie zatrzymają za te 8 paczek mleka… w końcu to biały proszek przecież. Aparat, Alchemik Paula Coelho, Ulubiony kocyk mojej dziewięciomiesięcznej córeczki, kurtki, buty, stare filiżanki po babci, zbiór wierszy własnego autorstwa (czyli wydrukowane przez moją Mamę i zszyte moje dyrdymały. Mama wykradła mi te wiersze i przepisywała potajemnie, by potem wręczyć mi „Zbiór poezji Iwony Skarżyńskiej”) Kilka ramek ze zdjęciami. Autograf kogoś znanego. Bilet skądś dokądś. Pierwsze buciki naszej córki… 
Uchwyciłam się jak fanatyczka myśli, że ja wrócę. Na 200% wrócę. I będę szczęśliwa w kraju, który kocham. 

 

Te decyzje nie były łatwe. Żeby tak wszystko zostawić…sprzedać mieszkanie, meble. Poddać się w walce o swój kraj. Dać satysfakcję Tacie, który powtarzał, że i tak prędzej czy później przylecę i zamieszkam w USA. Nie było łatwo pozbyć się myśli, że tego widoku na Wisłę w Płocku nic nigdy mi nie zastąpi. Zdecydować jaki język będzie pierwszym językiem mojego dziecka. 
Zostawić mamę. Księgarnie pełne książek. Dachy pełne bocianów… I wiele wiele więcej. 

 

Tęskniłam bardzo. Moje tęsknoty i walkę ze sobą opisałam w poście nigdy nie mów nigdy
Zanim uspokoiłam myśli i własne życie, upłynęły lata. Nie miesiące, ale lata. Momentami było tak ciężko, że na samą myśl mam ciarki. Walizki ciągle czekały w pogotowiu na powrót do Polski. Łzy płynęły po policzkach bardzo często. Walka ze sobą nie miała końca. 

 

Ale usiadłam któregoś dnia i zapytałam samą siebie: gdzie chcę być za 10 lat, jak chcę być i jakim kosztem. 
Wyszło mi że w Polsce chcę być, szczęśliwie chcę być i bez kosztów najlepiej. I natychmiast zdałam sobie sprawę z tego, że tak się nie da. Że nie da się mieć wszystkiego. 
Że oto stoję u progu mojej przyszłości i od tego co teraz wymyślę tę przyszłość uzależnię. Wystraszyłam się. Poczułam wagę tej decyzji i tego jakie konsekwencje ona pociągnie za sobą. Stanęłam świadomie na rozdrożu z myślą, że mogę iść w dwie zupełnie różne strony i dostać dwa zupełnie różne życia i nikt inny, tylko ja muszę potem wziąć za to odpowiedzialność. 
I zdecydowałam, że zostajemy. Analizując wszystkie za i przeciw stwierdziłam, że mniej pretensji do siebie będę miała jak zostanę. I od tej chwili było mi znacznie łatwiej. Okazało się, że to to zawieszenie i te walizki czekające w pogotowiu nie dawały mi spokoju. Nie samo bycie Tu czy Tam, ale ciągłe liczenie na to, że za chwilę te walizki będę pakować. To takie układanie życia na pół gwizdka. Bo przecież nie mogę swobodnie się tu rozgościć jak zaraz wracam….

 

Dziś wiem, że postąpiłam słusznie. Że pokonałam długą drogę do zrozumienia siebie jako emigrantki. Że fakt zrobienia obywatelstwa amerykańskiego nie odciął mnie od Polski grubą kreską. Że mogę w sobie tę Polskę pielęgnować. Że chcę by nadal była częścią mnie i moich dzieci. Że wszystko i nic zależy ode mnie. 

 

Każdy wybiera swoją drogę i każdy tą drogę pokonując dochodzi do czegoś w życiu. To do czego doszłam ja, wystarczająco mnie satysfakcjonuje. 
Bo czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że podjęty o coś trud jest wielkim naszym dobrem. Że problem z którym się borykamy i który odbiera nam sen i oddech może być przyczyną naszego szczęścia gdzieś kiedyś potem. 
Bo pokonując przeszkody w życiu, pokonujemy własne słabości. A pokonując własne słabości pokonujemy granice naszego lęku. To z kolei dodaje nam lekkości w życiu, tej upragnionej swobody szczęścia. 
Ale o cokolwiek nie zabiegamy i cokolwiek chcemy pokonać, musi to zagrać w nas samych. Intuicja jest ogromnie ważna w całym tym procesie. Moja do mnie mówi każdego dnia: Słuchaj siebie. Słuchaj serca. Idź do przodu. I wszystko co przytrafia Ci się piękne – pielęgnuj. I wszystko co przytrafia Ci się trudne – wykorzystaj. Bo i to i to przyda Ci się w budowaniu jutra. 

 

Oczywiste jest, że zastanawiałam się nie raz jakby to było gdyby… gdybym została na te studia w Ameryce. 
Gdybym wróciła do Polski po 3 latach pobytu tutaj…
Ale te zastanowienia nie wiercą mi dziury w brzuchu. Są chwilami, gdy zapatrzę się na bez który rozkwitł, gdy mama opowiada ile grzybów uzbierała w podlaskim lesie, gdy dostaję propozycję z Polski, ale muszę być na miejscu.. Gdy nie rozumiem do końca o co chodzi tej kobiecie trajkoczącej po angielsku z jakimś dziwnym akcentem. To są chwile, które przychodzą i odchodzą, pozostawiając mnie spokojną. Bo to co osiągnęłam daje mi poczucie wiary w siebie i moje decyzje.

 

Moją emigrację w Ameryce było mi łatwiej budować niż wielu Polakom tutaj. Miałam tu Tatę, brata, zaczepienie. Mój mąż na wstępie dostał pracę i własny samochód. W załatwianiu spraw po angielsku pomagała bratowa. To ona też pokazała mi gdzie robić zakupy, czego się wystrzegać, o czym pamiętać żyjąc w tym kraju.

Było mi łatwiej też dlatego, że w Ameryce od roku wtedy mieszkała jedna z najważniejszych osób w moim życiu – moja przyjaciółka. Ja wtedy przy Tacie w Nowym Jorku, ona w odległej o 2 godziny drogi, Filadelfii. 
Świadomość, że zostając tu, będę obok niej odegrała bardzo ważną rolę w podjęciu wielu decyzji. 
Bardzo szybko (po około pół roku) przeprowadziliśmy się właśnie do Filadelfii. 
Po pierwsze, wiem, że miałabym problem z tym, że pracuję u Taty w firmie. Że sama się o nic nie postarałam tylko znów dostałam na tacy. Po drugie mój mąż i ja też, ogromnie chcieliśmy podjąć wysiłek i walkę o własne życie. Nie opierając przyszłości na pozycji mojego Taty. Krótko mówiąc: zawsze chcieliśmy mieć coś swojego. 
A po trzecie, Nowy Jork nie jest i nigdy nie był dla mnie. Jest za duży, za głośny, za niespokojny, za chaotyczny, za mało w nim miejsca na moje podejście do życia.

 

Wyjechałam więc z NY a ludzie (podobnie jak wtedy gdy mój Tata wyjeżdżał z Polski) pukali się czoło, mówiąc, że i tak wrócę, że nie poradzimy sobie sami, że nie jest tak prosto otworzyć własną firmę, która się uda. Dziwili się, że nie chcę zostać i grzać ciepłej posadki, dobrze płatnej i pewnej w tych niepewnych czasach. 
Tylko, że ja doskonale wiedziałam i wiedział to mój mąż, że nigdy człowiek nie jest bardziej dumny z siebie jak osiągnie coś sam. 
Odmawiając sobie nowojorskich frykasów, wprowadziłam się do rozklekotanego szeregowego domu z brudnymi parkietami, krzywymi ścianami i ohydnym dywanem, którym wyłożone były schody od samej góry po sam dół.
Ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, że marmurowe blaty w mieszkaniu, które miałam w Nowym Jorku zamieniłam na porysowane drewnopodobne obicia. I zmywarkę z odparowywaniem i polerowaniem na atrapę zmywarki. Zupełnie nie. Bo dla mnie ważniejsze było coś innego. A poza tym, jak to właściciel domu powiedział swoją łamaną polszczyzną: rączki ma? ma? jak rączki ma to pozmywa rączkami.
Więc zmywałam rączkami i cieszyłam się każdym dniem na swój sposób. Bo była radość z jednego powodu i ból z innego. 
Mój mąż wracał ledwie żywy po 14 godzinach pracy. Dziecko miało gorączki, których amerykańcy lekarze mówili żeby nie zbijać, nie zbijać, chyba że będzie 39,5. Witaminę D, którą według lekarza z Polski miałam podawać dziecku, kazali mi wyrzucić bo tutaj jest słońce cały rok i nie ma takiej potrzeby. A co jak się mylą Ci amerykańscy…?  
Ale cieszyłam się jak umiałam. Słońcem, bo mogłam iść na spacer do parku. Deszczem, bo wtedy mąż miał wolne i mogliśmy pobyć razem. Pieniędzmi, które zaczynały spływać i dobrymi chwilami, które zaczęły się pojawiać. Wszystko cokolwiek działo się w naszym życiu przyjmowałam harmonijnie, nawet myszy, które co rano wyglądały z palników kuchenki żeby się przywitać (tak tak, jakieś oswojone były). Bo wiedziałam po co to wszystko. I wierzyłam po co to wszystko. Poza tym wciąż było więcej plusów niż minusów. Wciąż było dobrze. 

 

A potem….
A potem życie potoczyło się trochę zgodnie z planem a trochę nie. Ale kto by tam myślał, że wszystko będzie idealnie. Początki budowania własnej firmy były całkiem niezłe, potem jeszcze lepsze… a potem nadszedł kryzys. 
I trzeba było spojrzeć Tacie w oczy. Przyjąć pomoc. I znów odmówić grzania ciepłej posadki w Nowym Jorku. Wysłuchać kilku: ja tego nie rozumiem, to głupota, jak głęboko jeszcze musisz spaść by zrozumieć….  i to wszystko słyszałam od człowieka, który nikogo nie słuchał wyruszając w zupełnie niepewną drogę do swoich marzeń. 
Potem wpadłam na pomysł, kolejny, potem znów było lepiej, gorzej, doskonale przez jakiś czas, w między czasie kupiliśmy  dom, a potem brakowało czasem na raty… Jak to w życiu. Jak to z własną firmą. Ale nigdy nie poddałam się. Nigdy nie złamałam się. Nigdy nie wróciłam z podkulonym ogonem do Nowego Jorku, który płynął rzeką pewności jutra. I nie chodziło tu o dumę! I nie o to, żeby komuś coś udowodnić, żeby pokazać… o nie nie. Ja nigdy nie poddałam się, bo cały czas wierzyłam i cały czas wierzę, że podjęłam trafną decyzję. I że wybrałam taką właśnie drogę, bo jest to moja droga do przejścia. Wierzę, czuję, że właśnie taka jest mi potrzebna. Mi, moim dzieciom, mojemu mężowi. Poza tym mój mąż nigdy nie miał tylu wątpliwości co ja.. on zawsze był pewien swego i cierpliwie czekał aż ja uporam się z własnymi myślami.
Owszem zdarza się, że porównuję siebie do dziewczyn, które u mojego Taty pracują i gdzieś przechodzi mi przez głowę myśl, że tyle mogłam mieć… że one latają pierwszą klasą, mają drogie torebki, naszyjniki, że nie główkują tyle co ja nad przychodem i rozchodem … i czasem sobie pomyślę, że w tej pierwszej klasie rozkładają się siedzenia i można lecieć do Polski na leżąco, jak w łóżku, i nie denerwować się że dziecku ciężko się na siedząco ułożyć i trwać w jednej pozycji 10 godzin.

A potem przypominam sobie, że moje szczęście jednak nie od tego wszystkiego zależy. I że każdy ma to, co sobie wybrał. Nikt mi nie bronił zostać i mieć na talerzu. Nikt mnie nie wygonił z Nowego Jorku, nie zmusił, nie ukrócił. Zrobiłam to sama. Świadomie. I żyję tak jak chciałam zawsze żyć. Jestem wolnym człowiekiem, z firmą męża, swoim sklepem, swoim pisaniem, ze swoimi podróżami klasą ekonomiczną, swoimi drewnianymi blatami, sporym domem w małym mieście i pomidorami w donicach wykonanych przez mojego męża. 

 

 I odstaję bardzo często. Od tego kim mogłam być.
Ale wtedy jak zdaję sobie z tego sprawę, zawsze unoszę głowę wysoko w górę. I cieszę się, że odstaję w tak piękny, własny sposób. I wiem jak cenny jest sens mojego życia. Jak cenne jest tempo jakie mu sama nadałam. I poczucie swobody, które buduje moją satysfakcję. I zupełnie nie interesuje mnie co sobie ktoś na ten temat myśli. Mogę być w mniemaniu innych – głupia. Przyjmuję to na klatę. Wypinam pierś. Strzepuję z siebie. I idę na wprost wyprostowana. Bo ja niczego w życiu nie muszę. A już na pewno nie muszę zadowalać innych budując swoje życie. Bo w budowaniu życia najważniejsze jest chyba to, by je budować a nie odwzorowywać. I by je budować z przyjemnością a nie ciągłym niepokojem, że może się komuś nie spodoba… 
A niech się nie podoba. To życie jest tak krótkie, kruche i ulotne, że najważniejsze na świecie jest to, że mi się podoba. 

A Ameryki nie zamieniłabym już. I moich obrzeży Filadelfii. Kocham Polskę, uwielbiam tam wracać i rozkoszować się jej urokami. Ale to w Ameryce jest moja przyszłość i to tu czuję się najlepiej. I to tu będę mieć wnuki i piec ciasto z polskiego przepisu mojemu amerykańskiemu zięciowi (no chyba, że jednak polskiemu 😉 ) i to tu będę śpiewać  „Wśród nocnej ciszy” w wigilię i obchodzić imieniny dzieci, których Amerykanie nie obchodzą. To tu. W Ameryce. Którą mogłam albo mieć albo nie mieć. Wybrałam mieć. I mam. Na dobre i na złe. 

 

Ten post miał być a mojej historii przylotu do USA (tak ostatnio na fanpagu obiecałam) chyba jednak bardziej jest o wolności wyborów. Ale już kiedyś wam mówiłam, że ja nigdy nie wiem gdzie dojdę zaczynając pisać… i dlatego tytuł tekstowi nadaję zawsze na końcu. 
A teraz jeszcze o odwadze muszę coś dodać. 
Bo przyszło mi teraz do głowy coś takiego, że żeby w życiu być sobą, trzeba mieć ogromną odwagę. Żeby żyć po swojemu w świecie ociekającym stereotypami. Żeby iść za głosem serca wśród okrzyków, że jesteś jakaś inna, że odstajesz. 
I że w świecie gdzie ktoś ciągle na coś liczy, trzeba mieć ogromną odwagę odmówić. A jeszcze większą odmówić sobie worka ze złotem który Ci w ręce wciskają. I to jest dla mnie szok, to odkrycie. Bo nigdy nie sądziłam, że jestem odważna. A dziś, dokładnie dziś, przemknęło mi przez głowę, że chyba jestem. No chyba, że jednak głupia 😉 Ale to już zależy od tego, co dla kogo jest ważne. I  z czym komu w życiu najlepiej. 

 

 

115 komentarzy

  • Anonymous |

    Podziwiam , ciężko coś więcej napisać (pierwszy raz) Anna

  • zawsze jestem z Toba nawet jak jestem daleko

    • wiem, czuję, i dziękuję :):) i tęsknię jak szalona za Tobą w moim w życiu – tak wiesz bez tych kilometrów między nami.

      • j ai découvert ton blog en ch&nrhartenbsp;&caquo;fuji x10″vraiment content, j aime bien ton etat d esprita un de ses jours, j habite Marseilleau fait à 14 ans, mon premier appareil etait le Nikormat que je chipais à mon père, il ya 40 ans maintenant

  • Anonymous |

    Rób dalej swoje, tak jak Ty uważasz , bo najważniejsze jest to , żeby nam było ze sobą dobrze ! Magda

    • W jednej z książek Wiesława Myśliwskiego jest taki urywek: „Dlatego nie wiem, jak pan mnie tu znalazł, skoro ja sam siebie nie potrafię. To prawda, że znaleźć siebie to nieprosta sprawa. Kto wie, czy nie najtrudniejsza ze wszystkich spraw, jakie człowiek ma do załatwienia na tym świecie” Jakoś pasuje mi ten cytat pod Twoim komentarzem ..

  • Piękna historia, cudowna choć niełatwa ta Wasza droga: ) Pozdrawiam Aga

    • Ja uważam z perspektywy czasu że nie była aż taka trudna. Wtedy myślałam, że najtrudniejsza na świecie, dziś myślę, że wcale nie. Może to poczucie robienia tego czego się pragnie zgniata w zarodku pamięć o trudach? 🙂 kto tam wie… 🙂

    • Każdy ma swoją historię i drogę taką, na której jest w stanie pokonać każdą przeszkodę, sam lub z pomocą najbliższych. Gdy ta droga ma tak piękne cele, które udaje się zrealizować każdy trud staje się doświadczeniem, które nas do czegoś doprowadziło: )

    • Piękniej tego ująć nie było można 🙂

  • Boże,jak Cię doskonale rozumiem… Sama mieszkalam kilka lat w Irlandii,od tygodnia mieszkam w UK 🙂 Nie musiałam wyjeżdżać, nie musze pracować jak wiele osób na przykład na mieszkanie,bo je mam. Kocham Polskę,kocham Warszawę,ale… Dokładnie tak jak napisałaś, przestałam walczyć o mój kraj,bo on o mnie nie walczył… Życie na emigracji ma całą masę plusów, to wszystko kwestia podejścia. Niestety z miłości do ojczyzny nie kupię sobie sukienki ani nie polecę na wakacje. Emigracja ma całą paletę barw, choć czasem rozmytych przez cieknące łzy… ale wciąż ma urok! Przeżyłam wiele trudnych sytuacji za granicą, choć akurat nie miałam nikogo,kto by pomógł… ale dałam radę i miejsce,w którym jestem obecnie zawdzięczam wyłącznie sobie! I kolejny wyjazd to nie konieczność,ale wybór. Chęć nowości,przygody może. I bliżej niż ze Stanów,bo raptem niecałe trzy godziny lotu 🙂 Trzymam kciuki Iwonko,nieustająco Cię podziwiam i próbuję brać przykład 🙂

  • Podbudowałaś mnie, wiesz? Bo i mnie się często wydaje, nie, ja wiem, że odstaję, tylko jeszcze chyba za bardzo się tym przejmuję. Bardzo trafne są Twoje słowa o budowaniu życia, a nie jego odwzorowywaniu. I o odwadze. Muszę zapamiętać. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Bardzo miło mi się zrobiło 🙂 Niby nie powinno słuchać się ludzi krytykujących nas, nie brać sobie do sera.. ale jak ktoś coś miłego powie, to chce się brać całymi garściami. Dziękuję 🙂

  • Dziękuję Ci po raz kolejny Iwonko. Ale tym razem wyjątkowo. <3

  • Czułam przez skórę, że puentą tej historii będzie „ona ma siłę” ;)))))))

    • jakby to moja córka powiedziała: it’s so obvious 😉 czyli że to takie oczywiste i przewidywalne. a ja się tej siły ciągle i ciągle uczę.. ale to pewnie każdy tak ma. bo przecież całe życie uczymy się i doskonalimy i ciągle myślimy że to jeszcze nie to, jeszcze nie silna, nie mądra, nie sprytna, nie odważna.. jeszcze nie, ale może zaraz 🙂 to takie ludzkie! ja swojej siły wolałabym nie sprawdzać.. bo mogłoby się okazać, że nie aż tak jej wiele..

  • Oj, Ty Iwonko masz siłe……. Po Twoich wyborach widać jak ogromną….. 🙂 Podziwiam i zazdroszczę umiejętności podjęcia decyzji. Odcięcia się. Jestem pełna uznania za tę odwagę bycia sobą i życia swoim rytmem.
    Czekałam na tę historię.
    Dziękuję Ci :-*

  • Anonymous |

    Tez bym chciala w Ameryce zostac, jestesmy tu z mezem juz prawie 10 lat. Jednak bez legalnego pobytu jest bardzo ciezko, mimo ze kocham USA i tu urodzilo sie moje dziecko wiem ze niedlugo bedziemy zmuszeni wrocic do Polski, nielegalni nie maja zadnych perspekyw, nie mamy tu nikogo i tylko w sercu jakas taka pustka pozostanie, ze szkoda ze tak wyszlo…

    • Przykre to wszystko… że czasem choć byśmy na głowie stanęli, to szanse są niewielkie…
      Ale… to chyba nie do końca tak, że „żadnych” perspektyw nie mają ludzie bez legalnego pobytu. Znam ogrom osób, którym się udało! i którzy mimo, że to przykre i ciężkie niezmiernie, zbudowali tu domy, wychowali dzieci.. i żyją szczęśliwie. DUżo siły Ci życzę i trzymam mocno kciuki!! Jak chcesz podaj mi maila do siebie to coś jeszcze Ci napiszę, czego nie chcę pisać publicznie! Pozdrawiam!

    • Anonymous |

      Bardzo chetnie przeczytam addressdoris@yahoo.com

  • Anonymous |

    Ciesze się, że do Ciebie tutaj trafiłam.
    Leżę chora w łóżku i zaczytuję się w każdym poście…
    Jako, że przez wszystko nie przebrnęłam – ile lat mieszkacie w Ameryce?
    Pozdrawiam
    Magda

  • Anonymous |

    Podoba mi sie Tata pisany wielka litera… Caly post mi sie podoba.. Troche odnalazlam w nim siebie…
    Tylko Ciebie czytac, to trzeba obiad naszykowac z rana, bo inaczej „Chinczyk” 😜 Malgoska

  • Anonymous |

    Super historia, Marcin ma zaje…ą żonę (znamy się z Marcinem z „piaskownicy ” Gratuluję Wam odwagi i zawzięcia. Pozdrowienia dla Marcina od Magdy R z bloku.

  • Bardzo podoba mi się to co robisz, w którą stronę patrzysz… Najważniejsi są chyba ludzie najbliżej nas, bez nich to wszystko nie miało by sensu… Nie ważne gdzie ważne z kim… Piękny post, pięknie piszesz. Trzeba żyć, kochać, marzyć, śnić 🙂
    Pozdrawiam

  • Iwonko …………. tyle można by napisać ………. najważniejsze jest to, że jesteś po prostu SZCZĘŚLIWA !!!
    Z tym kim jesteś, tym co masz, tym czym żyjesz …
    i to najcudniejsze w życiu jest !!!
    Pozdrawiam ciepło :**

  • Faktycznie masz sile. Ja przez pierwszy rok w Szkocji myslalam, ze zaraz wracam do Polski. To byl bardzo ciezki rok – plakalam, tesknilam, zylam tylko powrotem, ktory i tak jawil sie dosc mgliscie. Ale rok minal i nie bylo jak wracac…. I wtedy podjelam decyzje, ze zostaje. Na zawsze. Gdzies przez ten rok zycie sie tak ulozylo, ze nie trzeba bylo plakac, ze mozna bylo po prostu normalnie zyc. A w wakacje pojechac do babci na czeresnie i brac sobie z tej Polski to co najlepsze 😉 tym bardziej Cie podziwiam – dla mnie polska to dwie godziny samolotem do pokonania, dla ciebie caly ocean. Pozdrawiam cieplo 😉

    • Cały ocean i 5 biletów do kupienia (tragicznie drogich biletów) ale.. za to jak raz na 2-3 lata tę Polskę odwiedzam, to jest ona moim oddechem który w sobie noszę przez kolejne pół roku 🙂 Uwielbiam tam latać i być w tym zupełnie innym kraju 🙂 Częściowa moim przecież.

  • „Budować a nie odwzorowywać”. No comment 🙂
    Powodzenia !

  • Anonymous |

    Iwono to coś o Tobie 🙂 i dla Ciebie 🙂 Czasami po prostu trzeba być odważnym. Trzeba być silnym. Czasami nie można ulegać czarnym myślom. Trzeba pokonać te diabły, które wpychają się do twojej głowy i próbują wzbudzić paniczny strach. Przesz naprzód, krok za krokiem, z nadzieją, że nawet jeśli się cofniesz, to tylko trochę, tak że kiedy znowu ruszysz przed siebie , szybko nadrobisz zaległości.
    John Marsden
    Ściskam Cię moja kochana kobietko o wielkim sercu, sile życia i wielkiej miłości do niego do swojego , zbudowanego życia według swojego scenariusza i projektu. Bo tylko ten ma siłę co kocha życie, a życie to Ty i Twój świat bez względu gdzie on jest 🙂
    Pozdrawiam jak zawsze serdecznie K. N.

  • chyba to sobie przeczytam jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz. A potem za rok, za dwa i za pięć znowu. Gratulacje słusznych wyborów, pewności siebie i znalezienia swojego miejsca na ziemi. Spokój duszy jest najważniejszy 🙂

    • Dziękuję 🙂 A ja życzę Ci powodzenia i cierpliwości i wiary w siebie! bo gdziekolwiek wybierzemy być, trzeba pamiętać, że wybrałyśmy a nie nam kazano. A jak wybrałyśmy to trzeba z tym potem żyć! Trzymam kciuki!

    • A co jak los nas rzuca? 😉 Niekoniecznie wybór w pełni zaakceptowany i podjęty samodzielnie, ale po prostu okoliczności. Nie ma tak łatwo 😉

    • Asia, no sam to nie rzuca :)) przecież cokolwiek by się nie działo, to gdzieś podejmujezs decyzję. nawet jak bardzo nie chcesz to przecież o czymś decydujesz w danej chwili… ty sama. los do worka cię nie zapakuje i nie rzuci dosłownie…
      SIła w nas drzemie i w końcu się obudzi w każdym 🙂 ja w to wierzę bardzo 🙂 i każdy człowiek może być szczęśliwy! też w to wierzy. ja nie z tym o czym marzy…. to z tym co jest w stanie mieć.. w jednym i drugim trzeba nauczyć się działać 🙂 uściski przesyłam!

  • Anonymous |

    Iwonko, piękny ten post….
    ja mam trochę ponad trzydziestkę, od pierwszego wyjazdu do stanów składam wniosek na loterię wizowa….
    niestety, nie miałam tyle szczęścia, nie wygrałam.
    jestem w Polsce, tu zaczęliśmy powoli budowac swoje szczęście,
    Jednak tęsknota za Ameryką wielka, nieraz łezka się w oku zakręci przy tych Twoich postaćh, zdjęciach.
    Gdybym dzisiaj wygrała kartę, wzięłabym w kieszen tylko paszport, dzieci za ręce i razem z mężem wiemy, że byśmy tej decyzji nie żałowali.

  • Anonymous |

    Cudowny…ja wciąż szukam siebie…Uściski z podlasia.E.

    • Ewelinka (bo to Ty prawda??) bardzo mocno Cię ściskam! i trzymam kciuki! i bardzo mocno wierzę, że Ci się uda! Czasem trzeba czasu by sobie wszystko poukładać! nie każda dwudziestolatka czy trzydziestolatka musi być poukładana wewnętrznie! każdy ma inaczej.. każdy przechodzi inną drogą. Każdy boryka się z różnymi sprawami.. i każdy tą samą sytuację przechodzi w zupełnie inny sposób i zupełnie inne wnioski wyciąga itd itp.. mocno wierzyć w sibie!! mocno najmocniej! – tego Ci życzę 🙂

  • Anonymous |

    Ja czytam Pani bloga od ponad roku i zawsze tylko czekam na kolejnego posta 🙂 Zawsze ciekawiła mnie Ameryka, mam nadzieję kiedyś ją „odwiedzić”- szczerze gratuluję odwagi tak podjętych decyzji, bo myślę, że ludzie gdy mają wszystko podane na tacy to bardzo często z tego korzystają.. a Pani odważyła się żyć według siebie, swoich zasad mimo tylu trudności i do tego wyjechać z małym dzieckiem ! 🙂 ja mam roczną córcię i tak myślę że mój czas na podjęcie odważnych decyzji też mógłby już nadejść jednak tak bardzo bardzo brak mi tej odwagi….czego szczerze zazdroszczę.. 🙂

    • oooj u mnie to też nie do końca tak było że odważnie pojechałam… pojechałam bo miałam tu Tatę, brata… kuzynostwo.. za to nie miałam w Polsce pieniędzy.. próbowałam własnego biznesu w PL ale tam jest trudniej… no i w końcu wyjechaliśmy, pełni strachu, przerażenia i nadziei 🙂 Powodzenia życzę!!

  • Niesamowita historia, aż mi się łza w oku zakręciła…

  • Się poryczałam :-). Dziękuję za ten wpis, jestem u Ciebie pierwszy raz. Zostaję!

  • Anonymous |

    Dante powiedział ‚idź swoja drogą, a ludzie niech myślą, co chcą…” Te słowa przyświecają mi każdego dnia, bo kilka lat temu również diametralnie zmieniłam swoje życie, wbrew wszystkim i wszystkiemu.
    Pozdrawiam i życzę wytrwałości w kroczeniu własną ścieżką życia 😉
    Joasia

  • „poczucie swobody, które buduje moją satysfakcję. I zupełnie nie interesuje mnie co sobie ktoś na ten temat myśli. Mogę być w mniemaniu innych – głupia. Przyjmuję to na klatę. Wypinam pierś. Strzepuję z siebie. I idę na wprost wyprostowana. Bo ja niczego w życiu nie muszę. A już na pewno nie muszę zadowalać innych budując swoje życie. Bo w budowaniu życia najważniejsze jest chyba to, by je budować a nie odwzorowywać. I by je budować z przyjemnością a nie ciągłym niepokojem, że może się komuś nie spodoba… ” Dzisiaj w komentarzu zacytuję Ciebie czy to się komuś podoba czy nie! Dzięki Iwona za ten tekst :* pozdrawiam

  • Jestem pierwszy raz u Ciebie i to dzięki http://www.szafatosi.pl, dziś przeczytałam Twój komentarz u niej i kliknęłam. Nigdy nie pisze komentarzy, czytam, myślę ale nie komentuję. Niektórzy myślą, że blogi są bezużyteczne. Otóż, nie! dziś postanowiłam napisać jak bardzo Wasze historie motywują. Jest Nas piątka. Cztery dziewczyny i On. Mieszkamy w dużym mieście, w Centrum. Tu mamy znajomych, lecz nie rodzinę. Właśnie sprzedaliśmy mieszkanie i kupiliśmy ziemię nad Bałtykiem. Dzięki http://www.szafatosi.pl zrozumiałam czego pragnę dla Mojej Rodziny, spokoju i celebrowania życia z dala od miasta. Budujemy dom, drewniany- szary z białymi okiennicami. Kupujemy nowofundlanda, o którym marze od dziecka. Opuszczamy miasto i jego zgiełk. W styczniu tego roku złożyliśmy papiery o wizy imigracyjne do Stanów (łączenie rodzin), będziemy czekać 11 lat żeby usiąść z mamą do stołu w naszym amerykańskim domu i zjeść hamburgera. Jednak od dziś ten czas oczekiwania będzie milszy, bo odnalazłam Ciebie. Dzięki za ten tekst. pozdrawiam

  • Od niedawna obserwuję Tojego bloga. Zgadzam się z Twoimi myślami, z tm co piszesz, jak spostrzegasz życie… Też mam troje dzieci. Pracę ( w aptece), którą dzielę z moim mężem. I… mieszkam w Płocku – na Starówce z widokiem na Katedrę… 🙂 i też jestem bardzo szczęśliwa. W Ameryce mam przyjaciółkę (Iwonę :-), która zrezygnowała ze studiów w Polsce , wyjechała i w Ameryce założyła rodzinę , została lekarzem. …
    Jak czytam Twojego bloga, myślę właśnie o niej…
    Pozdrawiam z Płocka. Jola z bloga „żyjąc z pasją”.

    • Jola mi ciarki przeszły po ciele… bo ja uwielbiam znajdować tu ludzi z mojego Płocka, w którym studiowałam a potem założyłam rodzinę z mojego Grajewa w którym się urodziłam i wychowałam.. i tak mi zawsze wtedy miło! Bardzo dziękuję Ci za miłe słowa 🙂

  • ja połknęłam ten wpis, chciałabym się nim delektować, smakować każde mądre zdanie, ale ja go pożarłam. Pewność mam że zgagi po nim mieć nie będę:)
    Tyle mądrego, tyle ”pionizującego” i to nie z jakiegoś podręcznika ” jak żyć” tylko z prawdziwego życia. Wstydze się za siebie, za ten strach co ogromne oczy ma, za pięć do przodu i sześć w tył, po to mi jesteś.
    A jak w Polsce będziesz, a jak z czytelniczkami będziesz uwidzieć się chciała to ja wpław, na rowerze, balonem czy konno ale muszę być muszę sprawdzić czy istniejesz 🙂

    • hahahahahhahahahahahahahahhaha Marlena do Ciebie to ja pod dom przyjadę 😀 hahahaha żebyś nie musiała na tym koniu…. hahhahaha Boże jak ja uwielbiam Twoje komentarze!!!!! bardzo Ci dziękuję!! – jak zawsze 🙂

  • doskonale Cie rozumiem, ja miałam dwa wybory: spokojne życie i tęsknota za ojczyzna lub rodzinę na miejscu i codzienne zmartwienia czy „wystarczy do kolejnej wypłaty”, wybrałam to pierwsze i nie żałuję. Pozdrawiam

  • Anonymous |

    Witam,a ja tak trochę nie na temat , z ciekawości ,jakie wybrała Pani książki z Polski? ja sama uwielbiam czytać,pozdrawiam z tej samej strony Polski Łomży.Anna

    • ooo moje Grajewo jest tylko 60km od Łomży 🙂 A z Polski wybrałam trylogię Paulliny Simons – Jeździec miedziany, Letni Ogród, Tatiana i Aleksander. no i jedną z książek Wiesława Myśliwskiego bo go uwielbiam. I jeszcze coś ale już nawet nie pamiętam co to było! Pozdrawiam serdecznie!

  • Anonymous |

    popłakałam się …
    pozdrawiam beata

  • wow historia niesamowita. Wzruszająca, smutna ale i jednocześnie optymistyczna. Niestety często stoimy na rozdrożu i musimy podjąć decyzję co dalej. Czasami przychodzi to łatwo. Najważniejsze by mieć bliskie osoby, które będą za nami stały murem niezależnie od tego co postanowimy. Tekst mądry i motywujący do podejmowania działań! Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • oj tak to wielka odwaga przeciwstawić się światu, być wiernym swoim przekonaniom, żyć w zgodzie z samym sobą i czerpać z tego garściami, szczerze podziwiam – tak „ona ma siłę” … choć jak zobaczyłam, że spakowałaś Alchemika to wiedziałam, że w tej historii będzie się działo 🙂
    niezwykła opowieść i niezwykła historia… nie tylko z puentą, ale i z silnym motywatorem do działania… pozwól, że zostanę tu na dłużej…

  • Wow….jesteś odważna, sięgasz po to czego chcesz i kierujesz się sercem. ..
    Po prostu wiesz o co w życiu chodzi …wśród tylu zagubionych. kto dziś rezygnuje z łatwego dobrego życia w imię wyższych wartości?! Gdy jutro takie nie pewne po co Iść za marzeniami. ..
    Utożsamiam się troszkę z Tobą, bo dylematów mam wiele związanych z bytem na obczyźnie ale i wnioski podobne. Trzeba wierzyć ,że Twój wybór jest najlepszym wyborem, bo właśnie Twoim 🙂
    Serdeczności duże ilości przesyłam

    • i w danym momencie ten wybór jest naprawdę najlepszy.. więc nie można nigdy żałować.. bo każdy przecież uważa że robi najlepiej podejmując jakieś decyzje, a że potem z perspektywy czasu może to wyglądać inaczej… to nic na to już nie poradzimy. za to możemy wyciągnąć niezłą lekcję z takich sytuacji i być bogatszym o coś istotnego.

  • Anonymous |

    Czekałam na ten wpis od kiedy tylko zaczęłam czytać Twój blog, czyli jakiś rok… Przeczytałam chyba z 5 razy. Iwona, przede wszystkim gratuluję Ci rodziny, udanego małżeństwa, podejścia do córek, pięknego domu… choć wiem nie przyszło to samo (musiałaś na to po części zapracować). Piszę o części bo jednak w najtrudniejszych chwilach okazał się pomocny TATA. Jestem rozwódką z dwójką dzieci żyjącą w realiach polskich i nie mam pojęcia co zrobić żeby poprawić standard życia mój i moich dzieci. Ale wiem, że muszę zacząć od siebie. ps. Dzięki za to że piszesz i czekam na Twoją książkę.

    • Najważniejsze jest to (chyba) żeby nie żałować że się czegoś nie zrobiło. Jesteś rozwódką z dwójką dzieci w polskich realiach. I nie ważne jak do tego doszło że rozwódką.. że to, że tamto… Ważne, co będzie dalej 🙂 i ja sobie zdaję sprawę że nie każdy człowiek ma smykałkę do biznesu i nie każdy „coś wymyśli” by mu było świetnie w polskich i niepolskich warunkach… ale wiem na pewno, że każdy ma w sobie siłę!! może nie widoczną na pierwszy rzut oka, ale ją ma! I że każdy może być szczęśliwy… czy by to miało być pójście o jeden krok dalej, czy odkrycie w swoim życiu czegoś pięknego… bo może rozwódka z dwójką dzieci ma cudowne te dzieci i piękny wazon na stole w pokoju i słońce może wpada jej rano przez okno tak jak u nikogo nigdzie indziej… Nie każdy musi zdobywać szczyty, żeby być szczęśliwym człowiekiem. Pozdrawiam i powodzenia i trzymam kciuki! 🙂

  • Anonymous |

    Witam myślę że się nie obrazisz że podeślę to mojej siostrze która jak Ty mieszka w Filadelfii która też się teraz zastanawia wracać a jeśli tak to co ja w Polsce będę robić itd. itp. Pozdrawiam Klaudia

  • Przeczytałam jednym tchem.
    Jestem pod wrażeniem.
    Podziwiam Ciebie.
    Pozdrawiam

  • Anonymous |

    Dziękuje Ci wspaniały wpis.Moje wybory nie dotyczyły może tak wielkich spraw jak przeprowadzka za ocean ,ale dla mnie były równie wielkie i ważne, dlatego jeszcze raz dziękuje że potrafisz tak pięknie wyrazić to co ja czuję .Pozdrawiam

  • I tak trzymaj!

  • Nie wiem, co napisać. Dwa dni temu przeczytałam Twój wpis i nadal nie wiem. Możnaby w sumie pomilczeć, ale z drugiej strony czuję, że powinnam dać znać, jakie to ważne, co chciałaś przekazać. Ten fragment o budowaniu życia dla siebie ścisnął mnie za gardło i od dwóch dni nie chce puścić. Bo ja już też nie muszę, nie obchodzi mnie, co powie, co pomyśli. I tak mi z tym dobrze i o wiele lżej. Ale czasem jeszcze muszę się sama upominać, żeby nie czuć tego niepokoju, kwestia przyzwyczajenia, rozumiesz… A Twój wpis przypomniał mi znowu jakie to ważne. Dziękuję to za mało, ale cóż więcej można napisać…

    • Ja też bardzo dziękuję 🙂 to niesamowite uczucie wiedzieć, że ktoś tak mocno odczuł to o czym piszę… Pozdrawiam i trzymam kciuki! i oczywiście życzę dużo siły! 🙂

  • Hej !
    Masz bardzo ciekawy blog. Chciałam Cie zaprosić na mój blog. Jeśli tylko chcesz możemy dodać się do obserwowanych. Pozdrawiam http://jusinx.blogspot.com.

  • Całkiem przypadkowo natrafiłam na Twój blog,lecz nic nie dzieje się bez przyczyny ponoć 😉 Odnoszę wrażenie czytając jak byś znała moje dylematy ,a z kolei z drugiej strony wczytuję się w Ciebie i czuję że znam Cię od lat..niewiarygodne, piękne ….Spokojnej nocy Kasia .

    • Przeczytałam Twoje pierwsze zdanie i mówię sobie pod nosem: o nie nie, ja nie wierzę w przypadki 😉 ale przeczytałam dalej i widzę że myślisz podobnie 😉 Bardzo dziękuję Kasiu i pozdrawiam! i witaj u mnie! 🙂

  • „Nie każdy musi zdobywać szczyty, żeby być szczęśliwym człowiekiem” Cudownie to ujęłaś…czytam Twoje wpisy ,poniekąd traktując je jako wskazówki dla siebie chociaż sił już mi czasem brakuje to marzenia wciąż jeszcze bywają kolorowe …..

    • czasem sił brakuje i czasem zdrowy jest odpoczynek…byleby nie za długo.. byle by iskra pozostała – tak mawiała moja babcia.. o tej iskrze która musi się człowieku tlić 🙂 powodzenia!

  • Anonymous |

    Witam!
    Dziś trafiłam na Pani bloga przez przypadek. Przeczytałam dosłownie kilka Pani z serca płynących wyznań. I muszę Pani powiedzieć, że potrzebuję takich ludzi jak Pani do życia…..
    Pozdrawiam Panią serdecznie z PL

  • Przeczytałam ten wpis w ważnym momencie mojego życia , podjęliśmy z mężem ważną decyzję , to była ciężka decyzja ,cholernie ,ale podjęliśmy i jesteśmy teraz za granicą ,dokładnie w Islandii ,..mieliśmy to szczęście na trafić na wspaniałych ludzi którzy nam pomogli ,zorganizowali pracę ,mieszkanie i pomogli wyrwać się z Polskiej smutnej rzeczywiśtości w której żyliśmy od dłuższego czasu..nam tylko trzeba było podjąć decyzję czy zostajemy czy podejmiemy wyzwanie jakie daje nam los , po długich godzinach ,dniach tygodniach rozmow i przemyśleń ,podjęliśmy decyzję o wyjezdzie ,jakbyśmy nie sprobowali na pewno bysmy żałowali ,i takim sposobem jesteśmy tutaj już 2 miesiące mąż pracuje nasza 3 letnia corka nie długo pójdzie do przedszkola ,a ja do pracy …czasami mam wątpliwości czy dobrze zrobiliśmy ,czas pokaże ,ale mam nadzieję że to była dobra decyzyja 😉

  • Anonymous |

    Witam, trafiłam tutaj całkiem przypadkiem. Muszę przyznać, że wspaniale czyta się to co tutaj opisujesz. Jesteś bardzo malowniczą i kreatywną osobą. Świetny blog, będę tutaj zaglądać częściej. Pozdrawiam ze skąpanej w słońcu Polski 🙂 Patrycja

  • Wzruszyłam się…
    podziwiam za odwagę i szanuję za inność…

  • Witam, Marta jestem – przedstawię się, żeby móc pisać na „Ty”;)
    Czytam Cię od miesięcy, piszę po raz pierwszy:) I jeszcze żaden! post, tak bardzo jak ten nie wstrzelił się w mój dzień, godzinę … ba! minutę, tak bardzo jak ten. Mija pierwszy miesiąc odkąd z mężem i synem wynajmujemy mieszkanie. Jest to sytuacja wyczekana (ponad 3 długie lata), opłakana kilkoma niepowodzeniami i koniecznością odkładania na kolejne miesiące a ja właśnie dziś, z 3 złotymi w portfeliku do 10., dt na karcie kredytowej, dziadkami proszącymi o wspólny wyjazd nad morze i moimi pytaniami ze łzami – za co? (chcą zafundować a ja nie mam na to serca ani siły niestety, jedzenie przez nich kupione grzęzło by mi chyba w gardle-taki ja typ), miałam myśli czy aby nie była to błędna decyzja. Czy nie za bardzo ubarwiłam tą niezależność we 3. Dobrze lub źle tłumaczę sobie, że to pierwsze miesiące najtrudniejsze. Bo trzeba mieszkanie urządzić, mnóstwo rzeczy dokupić żeby milej było a potem to już z górki, po pierwszym zachłyśnięciu będzie spokojniej, stabilniej. A po wypisaniu i podsumowaniu kwot jakie trzeba nam będzie zapłacić w miesiącu sierpniu i zbolałym, przeciągłym westchnięciu odpaliłam Twojego bloga, zobaczyłam, że ten post jest zaległym, przeczytałam od deski do deski i bingo! Uśmiecham się, mam nadzieję!… wiem, że będzie lepiej, że to była decyzja najlepsza z możliwych. że teraz to już tylko do przodu, wolniej, szybciej, z poślizgiem ale do przodu! 🙂 Mieszkamy w Polsce, w Warszawie i też mamy w planach przenosiny ale spokojniejsze myślę:) Na obrzeża miasta bo taniej, bo spokojniej:) Chcemy przetrwać ten czas. Nie wiemy jak długi ale to będzie dobry czas na naukę pokory i cierpliwości żeby radość z tego co nadejdzie, a nadejdzie! była przeogromna! 🙂

    Pozdrawiam Cię z upalnego, polskiego miasta! I dziękuję za to popołudnie. Bardzo Ci dziękuję. Dajesz nadzieję i inspirację. I kopa w du*ę na rozpęd też potrafisz dać! 😉

    • cieszę się, że taka energia pozytywna od Ciebie bije 🙂
      Z decyzjami to jest tak, że tego czy są trafne czy nie, dowiadujemy się w dalekiej przyszłości. I czasem po omacku trzeba przeć i walczyć o swoje, a czasem zrozumieć jak bardzo nam niewygodnie z tą decyzją i rozpocząć zmianę…
      Życie z podjętymi decyzjami jest dla mnie jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu. Szczególnie od kiedy mam dzieci i one chcąc nie chcąc znajdują się w centrum tych moich decyzji…
      Życzę wam powodzenia i trzymam kciuki!!

    • Tak. To chyba najcięższe, że rodzic już nie podejmuje tylko swoich decyzji. Dotyczących jedynie jego. Każda decyzja, to decyzja mająca wpływ na dzieci. Ich życie, ta najważniejsza jego część, część najmocniej wpływająca na osobowość, charakter zależna jest właśnie od nich, zależy od nas.

      Dziękuję za te kciuki! Ja trzymam również – za Ciebie i wszystkich tutaj, którzy śmią wierzyć, że wszystko ułoży się dobrze. Lżej bądź ciężej ale się ułoży:)

  • Anonymous |

    właśnie sobie uświadomiłam, że tak, warto pomyśleć czego sie chce nawet jeśli wymaga to odmówienia sobie worka ze złotem nawet jeśli Ci go wciskają. Ja też teraz decyduję który scenariusz życia wybrać, już zdecydowałam:) dzięki że mi przypomniałaś tym wpisem.

    • cieszę się, że ten wpis się komuś przydał 😉 choć ciągle uważam, że to nie wpis tylko człowiek decyduje i to nie wpis pomaga ale decyzja człowieka 🙂 ale to długi i zawiły temat 🙂 Pozdrawiam!

  • Anonymous |

    I siedzę i ryczę,jakbym o sobie ,o Nas (moim męzu i moich dzieciach )czytała.Bylismy w Ameryce prawie 7 lat( obywatelstwo zrobilismy ).Ja zawsze wracać do PL chciałam,wróciłam i co .Jesteśmy tu 5 lat i żadnych kroków do przodu ( a zza oceanem dom był,praca była,auta były-sami do wszystkiego doszlismy- żadnej rodziny ,ale super znajomych mieliśmy).Wracac z powrotem czy nie,mój mąż tak jak Twój nigdy nie miał watpliwości i czeka aż ja się uporam z myślami(jak pieknie to napisałaś).Już jestem gotowa ,bo wiem ,że będziemy tam razem (moj mąż obecnie w Norwegii pracuje,a ja sama z dziecmi w PL).Coż więc chcieć więcej ,jak obiadu wspólnie zjedzonego,czasu przed Tv razem,spacerów ,zakupów razem w Targecie-hi hi..dziekuję nawet nie wiesz jak duzo mi uświadomiłaś,którą z dróg wybrać….agnieszka g.

    • To teraz Agnieszka pomyśl… .że są gdzieś ludzie w dokładnie takiej sytuacji jak wy tylko z tą różnicą, że oni nie mogę wrócić, bo wyjechali bez obywatelstwa… sama takie osoby znam. A prawie zawsze chcą ludzie wracać. Bo jednak różnica pomiędzy obydwoma krajami jest duża…
      Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do Target w takim razie :):) i dziękuję za miły komentarz 🙂

  • Cześć Iwona. Pracując trafiłem na twojego bloga… jestem niesamowicie zaskoczony, twoja historia jest … prawdziwa. odezwę się do Ciebie, ale po pracy … 😉 Pozdrawiam – piszę ze swojego prywatnego konta a nie jako marketingowiec.

  • Witaj,
    Trafiłam tu przez insta i to pierwszy post, który przeczytałam… I już od pierwszego zdania rycze. Mój tata wyjechał gdy miałam 5 lat… Czytając cię, momentani jakbym czytała mój życiorys. Przyjeżdżałam na wakacje, ale ogólnie to nie lubilam Ameryki, za to ze „zabrała” mi tatę, nie lubiałam tez taty, za to ze wyjechał…. Nie wdając sie w szczegóły, to wszystko, jak sama tez napisałaś, odcisnęło spore piętno na moim życiu. uplynelo trochę czasu i dużo pracy, aby sie z tym uporać.
    O ironio, 2 lata temu przenieśliśmy sie do Stanów, myślałam ze moja mama zawału dostanie jak jej ogłaszaliśmy nasza decyzje… Życie czasem pisze scenariusze za nas. Teraz jest dobrze. Mam swoją rodzine (2 córy)i zdałam sobie sprawę, ze najważniejsze to myślec o niej, o tym co jest dla nas najlepsze, choć nie wykluczam powrotu do PL za pare lat( z rożnych względów, ale to już inna historia;))
    I jeszcze o tej odwadze… Zawsze bylam raczej z tych bojących ( przynajmniej w środku;) i zreszta dalej tak o sobie myśle, a jednak, jak popatrzę jaka drogę przeszliśmy, aż trudno mi uwierzyć, ze sie tak odważyłam. I „odwazam” co dzień, bo ciagle te moje strachy za mną chodzą… Oj, ale sie rozpisałam. Wybacz, ale czuje ze mamy dużo wspólnego i chciałam sie tym podzielić z tobą. Obiecuje „nadgonić” resztę bloga wkrótce. Pozdrawiam Cię gorąco!

  • dziękuję za ten wpis. nie wiem, co powiedzieć. jestem w szoku. jestem oszołomiona pozytywnie. czuję od Ciebie duże wsparcie i to, że to właśnie również dzięki Tobie, może i mnie uda się dokonać wyboru, dobrego bo mojego, a nie osób, od których czuję się uzależniona bo siedzi to w mojej głowie od lat. twoje wpisy to moja terapia przywracania do życia na własny rachunek, bez przesadnego lęku, a może nawet głupiego. dziękuję Iwonko.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *