Kasia

25 lutego 2016

Jestem tak zmęczona że brak mi oddechu. Przemęczona fizycznie i psychicznie.

Nawet ten blog – który jest moją ucieczką od rzeczywistości, chwilą przyjemności po długim ciężkim dniu czy tygodniu, lekiem na całe zło – nawet on wyhamował ostatnio.

Brakuje mi czasu na wiele spraw. Przy okazji przepraszam że na maile ostatnio też słabo odpisuję.

Brakuje mi chęci.

Brakuje mi sił.

No tak, ta co ma siły na pęczki teraz jej nie ma.

Za dużo na siebie biorę (ale to nie od dziś), za mało dnia i snu..

 

Więc któregoś ranka wstaję i stawiam finanse domowe na linii ognia. Czas którego nie mamy postanawiam wydłużyć (we własnej wyobraźni… wciskając mężowi kit tak sprytnie że mu też zaczyna się wydawać…) i krzyczę sama do siebie, że albo jadę na Florydę albo umrę!

Rozwydrzona dziewucha. No w sumie tak.

Zamawiam bilety, lokum… jestem w swoim żywiole. Marzec już niedługo. Dzieci wniebowzięte. Drugi park Harrego Pottera otworzyli z taką przejażdżką że z wrażenia włosy dęba stają. FLorida! here we come!!

 

Ale sumienie zaczyna mi wariować. Wiesz, że masz remont? Wiesz że nie masz kontaktów? żyrandoli? desek na ścianie tak jak sobie zaplanowałaś? rozbebeszony dom? a za chwilę będziesz mieć 60 osób tu na komunii dziecka… i każdy oczy będzie szeroko otwierał i patrzył czego nie dokończyłaś, nie domalowałaś, nie przemyślałaś… Wiesz że masz nie po kolei w głowie? wiesz że kiedyś przyznasz mi rację?

No wiem wiem wiem. Wszystko wiem. Ale, moje drogie sumienie – wiem też że mi się należy!

I że pieniądze cudowniej wydaje się na przeżycia a nie kontakty! I że nie dla ludzi ten dom robię! ale dla siebie! I wiem jeszcze coś! – że jak nie wyjadę gdzieś to naprawdę zwariuję!! Będę bujać się na boki albo podśpiewywać w bezruchu!

 

A potem czytam ten tekst… czytam ten tekst i płaczę, cały dzień chodzę i otrząsnąć się nie mogę… zasypiam i mam przed oczami tę piękna twarz.

 

Ludziom się tylko wydaje że ich problemy są jak koloseum w Rzymie. Wielkie i doniosłe. Że zabraknie im sił za chwilę tak bardzo że nastąpi jakiegoś rodzaju koniec.

Należałoby zapytać w tym momencie: jaki koniec? Czy Ty człowieku wiesz czym jest koniec? Czy wiesz, że ludzie umierają w wieku 8 lat? Nie widząc Florydy nigdy, a Ty ją widziałaś 10 razy już chyba.

Czy Ty wiesz czym jest siła? Nic nie wiesz! O życiu Ty nie wiesz nic! Ty wiesz o sobie. Przeanalizowałaś wzdłuż i wszerz siebie i swoje otoczenie i wymądrzasz się jakbyś wszystkie rozumy pozjadała. A tak naprawdę życie może Cię pokonać w każdej chwili. Bardzo szybko może okazać się, że wszystko co masz w domu i w głowie może nie mieć najmniejszego znaczenia.

 

Czuję się pusta, głupia, rozwydrzona i nieuczciwa wobec życia. Czuję, że tego życia nie zrozumiem do końca nigdy. Jestem na to „za cienka”.

I oby tak zostało.

Obym nie musiała. Obym nigdy nie musiała uczyć się go naprawdę…

 

 

Tekst, który musicie przeczytać. Kalkuję go w całości tutaj, bo wiem że podając link połowa z was go nie przeczyta.

Tekst pochodzi z portalu Ohme.pl 

Kasię obserwuję od dawna na Facebooku, niezwykła jest …

 

 

„– Z wynikami pojechałam do monopolowego. Kupiłam dużo wina i whisky, i papierosy, choć nigdy nie paliłam. Powiedziałam wszystkim wokół, że właśnie wyjeżdżam na wakacje do Turcji i zamknęłam się w mieszkaniu. Moje życie się skończyło. Nie wiedziałam nic o raku, tylko, że się na niego umiera. Przez cztery dni piłam. Siedziałam pod prysznicem, piłam, paliłam, wymiotowałam, gryzłam ręce. Byłam nieprzytomna. Kiedy dzwonił mój mąż, a ja byłam w stanie odebrać – mówiłam: „Nie mogę rozmawiać, jestem na budowie” – akurat wtedy wykańczaliśmy dom.

 

Ile w stanie jest człowiek znieść? Nie wiem, nie odpowiem ci. Ja mam siły bardzo bardzo dużo aż w końcu upadam tak, że niżej już zupełnie się nie da. Teraz akurat upadam, ale pewnie za chwilę znów znajdę skądś siłę i będę wstawiać zdjęcia na Facebooka i mówić, że życie jest piękne i pewnie znowu upadnę. I tak w kółko. Moje ostatnie siedem lat życia to takie upadanie i wstawanie.

 

Katarzyna Kowalczyk. Lat za chwilę 33. Żona, córka, siostra, przyjaciółka. Pisze o sobie: „Cholera, która się nie poddaje”, ale czasami upada… bardzo nisko.

 

 

Upadam pierwszy raz: „Ja tu widzę jakiś nowotwór, może raka kości”

 

Źle się czułam. W mojej rodzinie są problemy kardiologiczne, więc postanowiłam się przebadać. Miałam 26 lat. Trafiłam na rezonans magnetyczny, kiedy wszystkie wcześniejsze badania nic nie wykazały. Po dwóch godzinach badania weszła do mnie wypindrowana pani doktor i powiedziała: „Po co się pani bada pod kątem kardiologicznym. Ja tu widzę jakiś nowotwór, może raka kości. Za dwa tygodnie proszę się zgłosić po wyniki”. Powiedziała to z taką złośliwością i zawiścią, nie wiem dlaczego… Zostawiła mnie z tą informacją. Nie bardzo wiedziałam, co się przed chwilą wydarzyło. Jednego byłam pewna – jestem chora.

Po czterech dniach od wyników obudziła się we mnie wola walki. Najpierw obejrzałam film o kobiecie, która chorowała na raka piersi i urodziła syna. Pomyślałam wtedy: „Może nie wszystko stracone”. Od lekarza usłyszałam: „Chce się pani leczyć szybko za granicą, czy wolno w Polsce”. „Co znaczy szybko – że zaraz będę zdrowa?”. „To nie takie proste”.

 

 

Wstaję: „Przecież ja muszę dla niego zrobić ten dom”

 

Wolę do walki uwolniło we mnie wykończenie domu, który chwilę przed badaniami zdążyliśmy kupić. Myślałam: „Weź się w garść, musisz wykończyć dom, przecież jak umrzesz, Marcin musi gdzieś mieszkać, może kogoś pozna, rodzina będzie do niego przyjeżdżać”. Przecież ja muszę dla niego zrobić ten dom.

 

Na budowie miałam łóżko. Z kartonów i płyt. Z chemii wracałam prosto na budowę. Ciągle myślałam, że umrę. Nie mogłam mieć przeszczepu ze względu na serce. Dostawałam chemię – dobijała mnie, a lekarze nie wiedzieli, czy dożyję następnego dnia. Byłam jak cyborg. Kiedy odwiedzali mnie najbliżsi – byłam wymalowana, ubrana, w fotelu, z uśmiechem. Wystarczyło, że ja tak cierpię. Chcąc oszczędzić im bólu często nie mówiłam, że jadę do kliniki, albo powtarzałam, że wszystko dobrze, choć jedną nogą byłam po drugiej stronie. A czasami myślałam: „K**wa, czemu ja tak udaję, przecież byłoby mi łatwiej, gdyby ktoś trzymał mnie za rękę”

 

Przed moimi 27. urodzinami byłam przekonana, że to już moje ostatnie.

 

Było we mnie dużo złości na ludzi. Niektórzy nie radzili sobie z moją chorobą, inni mówili: „Kaśka – mąż piłkarz, ma pieniądze, ma wszystko”, a to takie błędne myślenie… Wiesz, wszystko bym oddała, by usłyszeć, że jutro obudzę się zdrowa. Że będę mogła mieć dziecko. Że to już koniec. Wszystko oddałabym też komuś, komu pomogłoby to wyzdrowieć. Kiedyś siedziałam na szpitalnym korytarzu z dziewczyną, 18-latką. Czekała na decyzję, czy zakwalifikuje się do chemii. Kiedy od pielęgniarki usłyszała, że nie tym razem, pobiegłam do bankomatu: „Dziewczyno masz tu kasę na trzy chemie, walcz o swoje życie”. Dziś jest zdrowa, mamy cały czas kontakt. Żyję takimi chwilami. Wszystko bym oddała…

 

 

Upadam po raz drugi: „Ciociu mam do ciebie prośbę, przywieź mi z tych wakacji trochę piasku, bo ja nigdy nie byłam nad morzem”

 

Kiedy zachorowałam na białaczkę poznałam Julcię i jej brata Wojtusia. Julka miała osiem lat, była już wtedy po przeszczepie. Ja byłam taką ciocią Kasią. Bardzo się z Julką i jej rodzicami zaprzyjaźniłam. Pamiętam, to był taki czas, kiedy marzyłam o wakacjach, o oderwaniu się od szpitalnych korytarzy, od zapachu leków, od dźwięku maszyn stojących przy łóżkach. Dostałam zgodę, a Julka wtedy powiedziała: „Ciociu, mam do ciebie prośbę, przywieź mi z tych wakacji trochę piasku, bo ja nigdy nie byłam nad morzem. I dla Wojtusia też, bo on przeze mnie nic nie ma, bo wszystkie pieniądze idą na moje leczenie”. Myślałam, że umrę.

 

Wracając zabrałam piasek, nazbierałam muszelek, nakupowałam prezentów. Prosto z lotniska jechałam do szpitala. Kiedy weszłam i zobaczyłam pielęgniarki – panią Basię, Danusię – już wiedziałam. Julcia, dzień po tym, jak wyjechałam, dostała wysokiej gorączki. Zmarła. Pojechałam z jej mamą na cmentarz, zakopałam przy jej grobie te wszystkie rzeczy, które dla niej przywiozłam. Przed wyjazdem obiecałam jej, że jak wrócę, a ona wyzdrowieje, to wykupię dla niej i jej rodziny wakacje gdziekolwiek na świcie będzie chciała. Powiedziała: „Ciocia, ja nie chcę gdzieś na świecie ja chcę nad nasze morze, bo nigdy go nie wiedziałam”. Chciałam dotrzymać tej obietnicy, choć rodzice odmawiali, nie chcieli. Aż Julcia przyśniła się swojej mamie:  „Mamo, ciocia Kasia ma dla was prezent”.

 

Wiesz, to jest najtrudniejsze. Myślałam – czemu nie ja, czemu mnie Bóg nie zabrał. Ja już dużo widziałam, w wielu miejscach byłam, poznałam smaki, uczucia. Wiem, czym jest miłość, radość, cierpienie, smutek. A ona? Ona nie widziała nawet morza.  Z tym nie umiem się pogodzić. Z tą niesprawiedliwością, gdy umierają dzieci.

 

 

I wstaję: „Muszę coś ze sobą zrobić, jak taka gruba będę wyglądać w trumnie”

 

To jest ciągła walka. Po tej białaczce, którą uznano za uśpioną, pomyślałam przez chwilę, że wszystko już będzie dobrze. Dostaliśmy zgodę na dziecko. Przeszłam cztery in vitro – cztery nieudane. Każde było trudne. Po ostatnim razie powiedziałam: „Już dość, ja już nie mam siły”. Znowu naiwnie myślałam, że to takie proste:  idziesz do kliniki, a po kilku tygodniach dowiadujesz się, że jesteś w ciąży…

 

Po chemiach tyłam i chudłam. W końcu pewnego dnia pomyślałam: „Muszę coś ze sobą zrobić, jak taka gruba będę wyglądać w trumnie”. Siłownia stała się dla mnie drugim domem. Zaczęłam zdrowo się odżywiać. Dbać o siebie. Wiesz, taka iluzja, że masz kontrolę nad swoim zdrowiem. Że ono tylko od ciebie zależy. Jeśli będziesz o nie dbać, to już nic złego się nie wydarzy.

 

 

Upadam po raz trzeci: „Błagam, tylko piersi mi nie zabierajcie. Niech chociaż cycki mi zostaną”

 

Myślałam, że nadwyrężyłam się na siłowni. Wyczułam guz. Jak chorujesz już długo, to wszędzie masz drzwi otwarte. USG piersi. Biopsja. Nowotwór złośliwy. Jechałam do kliniki myśląc: „Błagam, tylko piersi mi nie zabierajcie. Niech chociaż cycki mi zostaną”. Okazało się, że rak zaatakował dwie piersi, dzięki sutkowej metodzie usuwania guza udało się je uratować. Była chemia. I znowu raz lepiej, raz gorzej, Za słaba, mocniejsza Nie mogłam przyjmować chemii wlewowej, bo moje żyły pękały. Więc brałam chemię w tabletkach. Mój żołądek był tak rozwalony, wymioty, biegunka, skóra ci schodzi z całego ciała. Coś okropnego.

 

Ludzie mają mylne przeświadczenie, że dostaną chemię i już wszystko będzie dobrze. A chemia to największe świństwo, to trucizna. Ma zabić wszystko co w nas jest najgorsze, ale zabija też to, co jest najlepsze. Dużo zależy od nas, czy będziemy się bronić z całych sił, cała swoją nadzieją, wszystkimi swoimi myślami, żeby organizm wyprodukował w nocy choć jedną zdrową komórkę.

 

Wiesz, wszyscy mamy raka, pytanie, kiedy i czy w ogóle się ujawni. Na każdym etapie naszego życia ta cholera może wyjść. Ja nazywam go swoim przyjacielem. Usłyszałam ostatnio, jak starszy pan powiedział: „Zachorowałem na raka i czuję się jak wrak, ale to ja zadecyduję, czy wygra wrak czy rak”. Bo to my decydujemy. Ale wiesz, to tak naprawdę oszukiwanie samego siebie, ale musimy tak myśleć. Nie mamy innego wyjścia.

 

Mam przerzuty na trzustkę.

 

 

I po raz czwarty: „Boże ile ja jeszcze mogę znieść, czemu to wszystko spotyka właśnie mnie, czy ja naprawdę jestem takim złym człowiekiem?”

 

Przez pierwsze dwa lata nie pytałam dlaczego ja, bo w odpowiedzi mogłam usłyszeć: „A dlaczego nie ty? Wskaż kogoś, to przeniosę na niego twoje cierpienie”.  Nikomu tego nie życzę.

 

Później przyszedł okres buntu: „Boże ile ja jeszcze mogę znieść, czemu to wszystko spotyka właśnie mnie, czy ja naprawdę jestem takim złym człowiekiem? Czym sobie na to zasłużyłam? Jak długo jeszcze?”.

 

Wiesz, mam takie wrażenie, że mam do pokonania takie schody hiszpańskie. Ciągle się po nich wspinam. Cholernie wysokie są dla mnie, bardzo ciężko mi po nich wejść…

 

Mówiłam: „Skończę z tym wszystkim”, głośno powtarzałam, że już nie mam siły. Nawet moi znajomi się przestraszyli, bo ja jestem raczej fajterką, a nie laską, która popełni samobójstwo. Bo pomyśl: chora na raka, a popełniła samobójstwo. Siedem lat walczyła i wzięła się powiesiła. No ktoś by pomyślał: „Jeb**ta laska”.

 

 

Wstaję: „…przyszedł strach, że jestem sama w tej chorobie”

 

Ale ja naprawdę myślałam, że już nie dam rady. Wezmę tabletki i niech to wszystko się skończy. Mogłam to zrobić, kiedy i gdzie chciałam. Dlaczego? Bo poczułam się bardzo samotna. Może dlatego, że jestem cyborgiem i myślałam, że sobie sama poradzę, a w efekcie przyszedł strach, że jestem sama w tej chorobie. Że nikt mnie nie rozumie, kiedy jestem słabsza, kiedy upadam, kiedy źle się czuję.

 

Wzięłam garść tabletek. Dzień przed sylwestrem wypiłam lampkę wina i tak płakałam, jakby wylewało się ze mnie te siedem lat bólu, strachu, dotykania śmierci, widzenia jej w oczach innych. Jakbym pierwszy raz sama przed sobą z siebie to wszystko wyrzuciła.

 

Stałam z tymi psychotropami w ręce… Prosiłam: „Daj mi jakiś znak”… To był impuls. Odwróciłam się i wyrzuciłam tabletki. Najlepszy dzień w moim życiu od siedmiu lat.

 

I wiesz, znowu jest we mnie ta stara Kaśka, ta Kaśka, za którą tęskniłam, która sama decyduje o swoim życiu, o swoich decyzjach, nie daje się manipulować, nie jest takim ciapem, który każdemu przytaknie otumaniona lekami. Odzyskałam swoje życie. Nie muszę udawać, że wszystko jest w porządku.

 

Nawet teraz jadąc do szpitala wiedziałam, co mnie czeka – wózek, winda, piąte piętro, izolatka, szklane pomieszczenie, maska, kroplówki, odcięcie od świata. Ale dziś jestem już w domu i myślę, że jakoś to będzie.

 

Jak jesteś chora to myślisz o wszystkim, i o wszystkich. Masz dużo czasu. W czasie białaczki napisałam pięć długich listów do najbliższych osób w moim życiu. Ostatnio dopisałam jeszcze dwa. Te listy są schowane głęboko i jedna osoba wie, gdzie one są i kiedy je rozdać.

 

Trzy tygodnie temu przeszłam cichy zawał. Boję się zasypiać, bo nie wiem, czy się obudzę. Moje serce jest osłabione. Jestem nerwusem.  Nadwrażliwcem. Wiesz, piszę listy do Boga, zaczynam zawsze: „Kochany Panie Boże, piszę do Ciebie, bo… „, i proszę, by odpisał, żebym czekała z wiarą, że wszystkie moje dolegliwości są po coś, że to wszystko buduje i stwarza mnie na nowo dla świata.”

 

 

01

Zdjęcie Katarzyny Kowalczyk pochodzi z facebooka.

 

 

Link do wpisu, gdzie też możecie zobaczyć więcej zdjęć Kasi TU

 

 

14 komentarzy

  • Co za kobieta :O

  • kasiaEs |

    Miałam tyle rzeczy do zrobienia dziś wieczorem… jednak po tym tekście nie zrobię już chyba nic.
    Bardzo Ci dziękuję za niego Iwonka, takie historie zawsze stawiają mnie do pionu jeśli chodzi o moje życie.Szybko sobie przypominam co tak na prawdę jest w nim najważniejsze. Sama co wieczór przed snem modlę się do Boga i proszę tylko o zdrowie. O nic więcej, Bo przecież bez niego nic.
    pozdrawiam Kasia

  • Kasia N |

    Iwonko po tym poście nie jestem w stanie nic napisać oprócz tego , że ryczę jak małe dziecko i dziękuję Bogu za wszystko to co mam . Dziękuję Ci bardzo za ten post K. N.

  • Czasem brak słów. I mi dziś zabrakło. Więc pomilczę, pomyślę o was. I o Tobie i O Niej. Pomodlę sie, łzę uronię. A potem uściskam wszystkich mi bliskich i samą siebie tam w środku. Bo mam, bo jestem i docenić muszę.

  • Ja rowniez podczytuje Kasie I za kazdym razem nabieram pokory do zycia.A po nowej przejazdzce harrego pottera to nie tylko wlosy deba staja ja mialam wrazenie, ze mi wypadly :)pozdrawiam

  • Trudno ubrać w słowa ogrom emocji po tym tekście

  • Czytałam post Kasi, równie postawił mnie do pionu. My naprawdę nie mamy problemów . Pozdrawiam Cię Iwonko

  • A ja nie mogę przeczytać ….. to wszystko jeszcze za świeże …. jeszcze nie mam dystansu, choć strach mija
    Uściski Iwonka

  • Ja każdego dnia drżę o zdrowie… nie o swoje, o zdrowie swoich najbliższych. Serce by mi pękło gdyby komukolwiek coś się stało, ale patrząc na to co się dzieje, jak wiele osób choruje na raka, to na pewno kiedyś na kogoś trafi. Nowotwory to jakby jakaś cholerna zaraza, coraz więcej, coraz bliżej. Nie ma miesiąca bym nie usłyszała, że ktoś chory.

  • Sylwia |

    Bardzo dobrze Cie rozumiem… Niedawno mialam taki dzien. Kolejny niezdany egzamin na prawo jazdy. Sfrustrowana, rozczarowana i zla na sama siebie jeszcze w samochodzie odebralam telefon od kolezanki: czy wpadne?
    Dopiero kupila mieszkanie, jeszcze tam nie bylam, wiec pojechalam. A ona jeszcze na stacji mi mowi ze jej chlopak ma raka…
    Nie chce im zapeszac i pisac jak jest zle, ale to co uslyszalam wystarczylo ze swiat runal.
    Nie bede sie rozpisywac o tym jakie to niesprawiedliwe i dlaczego oni? Ale dalo mi to mocno po glowie. I moj egzamin przestal byc wazny i nasze nieudane starania o dziecko i jeszcze wiele innych rzeczy. Bo tak jak piszesz – ludzie umieraja.
    Nie wiemy jak duzo lub jak malo czasu nam zostalo a przejmujemy sie takimi pierdolami…

    Ja wiem, ze przyjda takie dni ze bedzie mnie wkurzalo spoznione metro czy zwazone mleko, ale staram sie, bardzo sie staram pamietac i jednal nie przejmowac a cieszyc bardziej z malych rzeczy.
    Jeszcze tydzien po uslyszeniu tych wiesci nie moglam sie odkleic od mojego partnera, nie chcialam go zostawic nawet na minute. Ciagle powtarzam mu jakimi szczesciarzami jestesmi. Nie wiem co bym zrobila, gdybym byla na miejscu mojej kolezanki…
    Sciskam mocno!

  • Martucha |

    Niesamowita Kobieta!

  • No i się poryczałam…..

    Niesamowita Kobieta <3 Dużo zdrowia i sił posyłam :*

  • Mariola |

    Zdrowia życzę, bo to najważniejsze…

  • Wiem co czuje teraz Kaśka,cały czas jestem z nią.Przechodzę to samo,i czuje to samo co ona,ale walczę,walczę bo chcę jeszcze trochę pożyć,to wszystko trzeba przejść,inaczej bardzo trudno zrozumieć to co Ci ludzie przechodzą.Ten tekst Kasi to Święta prawda.Pozdrawiam Cię Kasiu serdecznie.Trzymaj się ciepło.Cały czas trzymam kciuki 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *