Moja Ameryka

 

Życie się u nas dziś nie spieszy. Spieszę się ja. Ze swoim wiecznym niedosytem rzeczy i spraw.

Słonecznie, i choć trochę mroźno to wiosennie w powietrzu. Żonkile już tuż tuż. Jaka szkoda że dzisiaj w nocy znów śnieżny sztorm.

Gęsi przechadzają się po ulicy jak gdyby nigdy nic. Ze spokojem przechodzą na drugą stronę ulicy. Postanowiłam zatrzymać auto i równie spokojnie zaczekać aż zdecydują się w którą stronę iść. Nie ponaglać życia na środku ulicy. Pomimo, że głowie tysiące spraw na wyścigi wyrównuje swoje szanse do mojego zaangażowania.

Przepuściłam gęsi, weszłam do domu, zdjęłam szalik. Rzuciłam byle jakie spojrzenie w stronę bałaganu. Pstryczek w ekspresie zrobił mi kawę. Siadam i piszę. Udało się gęsiom. Mnie zatrzymać.

Poczeka prysznic, choć już od wczoraj czeka i poczekają rachunki na biurku. Poczekają naczynia i zakupy.

 

Dziś o Ameryce.

Ameryka choć wielka, daje mi poczucie mojego małego miejsca na ziemi. Choć w szkołach strzelaniny raz na jakiś czas, daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Szkoły, choć przez Polaków z pasją krytykowane, to najlepsze szkoły z jakimi w życiu miałam do czynienia. A opieka medyczna na poziomie, o jakim aż trudno napisać.

Nie ma chwil w moim życiu, kiedy żałuję, że tu przybyłam i zostałam.

Dziś chcę opowiedzieć wam jak Ameryka zmienia człowieka.

Kiedy przyleciałam tu piętnaście lat temu szokowało mnie wszystko. Gdzie się nie obróciłam tam było inaczej niż byłam nauczona.

Uprzejmość ludzi powalała na łopatki. Wtedy wydawało mi się, że bez sensu non stop klepią te swoje “excuse me”.  Nawet jak nie ma szansy że mnie dotkną rogiem swojego płaszcza, przechodząc obok i tak mówią – excuse me.

I wtedy gdy chcą przejść obok półki w którą akurat patrzę – excuse me.

I nawet, kiedy siedzę w poczekalni a ktoś wychodzi z gabinetu i musi na sekundę zasłonić mi telewizor – excuse me.

 

Amerykanie przepraszają za najmniejsze rzeczy. Bo otarł się ktoś o kogoś. Bo drzwi puścił zbyt szybko zamiast przytrzymać komuś następnemu. Bo spóźnił się pół sekundy. Bo kupiłaś buty których kolor Ci nie odpowiada i teraz zwracasz… wtedy słyszysz – przepraszam, że nie byliśmy w stanie sprostać Twoim gustom. Kiedy przynosisz buty po trzech miesiącach noszenia z dziurą – przepraszam że nie wytrzymały Twojego tempa.

Przepraszam, że lekarz się spóźnia. Przepraszam, że pośliznęłaś się na własnej nogawce. I nie, nie jest tego za dużo. Jest dobrze.

 

Mówienie do dzieci wprost. Przychodzi mama z dzieckiem do restauracji. Kelner zaczyna od dziecka. Nie pyta rodzica co chce jego pociecha, ale zwraca się do dziecka samego. O czym tu w ogóle mówić! To jasne, że skoro dziecko umie mówić, to przecież mu odpowie.  Nie takie jednak jasne to było dla mnie wtedy. Oczywiście kelner wie, że wcześniej rodzić ustalił z dzieckiem co będzie jadło. Że rodzic ma prawo wtrącić się w każdej chwili jak się maluch z kaloriami zagalopuje. Jednak chce, żeby dziecko czuło się zauważone. Bo w końcu istnieje przy tym stoliku obok rodzica.

 

Podczas zabiegu endoskopii, który przechodziła moja córka przyszedł do nas anestezjolog, pielęgniarka, lekarka, która miała wykonać zabieg. Każdy rozmawiał … z dzieckiem.  Z mną też to oczywiste. Ale z dzieckiem przede wszystkim. Bo było przerażone, bo to ono szło na to straszne łóżko, które w oddali było widać. Bo to ono jest pacjentem.

W każdej sytuacji, która dotyczy dziecka, mówi się do dziecka.

 

Dostałam kiedyś maila ze szkoły mojej Zosi. Pełnego werwy, wykrzykników, i uśmiechu. Pan woźny z naszej szkoły został wybrany najlepszym narodowym woźnym. Dołączone zdjęcie Pana woźnego w fotelu poruszyło moje serce. Siwy, cudowny człowiek oddany swojej pracy. W wiadomościach też podobno o nim mówili.

Za to kocham Amerykę. Że docenia każdego i każdą pracę. Że „żadna praca nie hańbi” ma tu naprawdę głęboki sens. Że Pan dyrektor wysuwa pierwszy rękę na powitanie woźnego czy Pani kucharki. Nikt się nawet nie zastanawia kto powinien pierwszy… po prostu naturalnie, kto pierwszy ten pierwszy.

Pan woźny po paru miesiącach naprawdę zdobył sławę. I pięknie ją wykorzystał, bo pomógł wielu szkołom z biednych dzielnic. Organizował zbiórki, ręcznie wykonywał woreczki na gimnastykę, I ciosał drewno na gry… A mógł przecież siedzieć i spijać śmietankę zasłużonego sukcesu.

 

W klasie mojej córki jest chłopczyk, który ma problemy z uczeniem się. Nie ma stwierdzonej wady rozwojowej, po prostu trudniej mu z nauką.  W klasie liczącej 20 uczniów są trzy nauczycielki. Jedna tylko dla Wayetta, który ma problemy i dwie dla pozostałych dzieci. W ogóle w każdej klasie są conajmniej dwie nauczycielki. Żeby żadne dziecko nie zostało pominięte w procesie uczenia. Dzieci są w szkole szczęśliwe. Tak naprawdę szczęśliwe.  Mamy raz w roku taki tydzień, kiedy możemy chodzić z dziećmi do szkoły. Ile razy ja chciałam wam już napisać jak takie szkoły wyglądają…

W klasie jest las rąk. Każdy uczeń ma pytania. I każdy ma prawo się wypowiedzieć. Żadna ręka nie jest pominięta. Jest tyle pytań żeby każdy mógł… Nawet Wayett ze swoim pytaniem nie na temat „a co to jest kosmos?” Pytanie nie ma nic wspólnego z podziałem rządu w USA, ale Pani od Wayetta już podąża w jego stronę i mu na kartce rysuje kosmos z milionem gwiazd. I tłumaczy że resztę opowie na przerwie.

Gdy odwożę dzieci do szkoły, to przed szkołą każdego ranka czeka Pani dyrektor i Pani opiekunka drogowa, obie witają każde jedno dziecko z osobna przytuleniem, pogłaskaniem lub podaniem dłoni.

Tą Panią dyrektor widać. Ona jest taka swojska, zwyczajna.

Dzieci uczą się w szkołach tolerancji. To jest dla mnie z tego systemu najlepsze! Każdy jest inny i przede wszystkim każdy ma prawo być inny. Inne jest dobre.

Inne jest czasem inne nie z wyboru ale ze zwyczajnej naturalnej różnorodności tego świata. Natura tworzy nas na różne sposoby i gej jest po prostu gejem, a nie gorszym typem człowieka. Moich dzieci nie szokują śluby jednej płci w jakimś stanie. Nie szokuje ich to, że chłopak może mieć chłopaka. W szkole uczą się tego, że szacunek to podstawowa rzecz w życiu.

 

Dzieci uczestniczą. Dzieci śpiewają. Jest mnóstwo edukacyjnych zabaw. Jest też mnóstwo zasad, których dzieci naprawdę chcą przestrzegać. Bo jak będą cały dzień ich przestrzegać to nagroda w postaci przesuniętego klipsa na wykresie będzie dla nich radością. Jak będą nieposłuszne klips idzie w dół, a jak pójdzie w dół kolejny raz to dojdzie do lini pomarańczowej (telefon do rodzica), jak dojdzie do czerwonej linii – rodzić przychodzi do szkoły. Ten system działa. Moja Clara ostatnio zdobyła 50 najwyższych not na wykresie i w nagrodę mogła zorganizować jeden dzień w szkole po swojemu. Wymyśliła że będzie dzień piżamowo popcornowy. Oczywiście dzieci musiały się uczyć! Tyle że w piżamach i zapychając się popcornem. Nauczyciele taki dzień przetrwają.. a dzieci jak bardzo są zmotywowane do tego by się starać! Nie są przekupowane. Po prostu uczą się tego, że przestrzeganie zasad w życiu się opłaca.

 

W Middle School (gimnazjum) gdzie chodziła rok temu moja Nadia jest taki przedmiot – przygotowanie do życia. Nie chodzi tu o seks i z tym związane tematy. O tamponach, prezerwatywach i tym podobnym rozmawia się na innym przedmiocie.

Przygotowanie do życia to gotowanie – moja córka potrafi zrobić mnóstwo pysznych dań!

To zarządzanie pieniędzmi – dzieci dostają wirtualne pieniądze i przez dwa tygodnie muszą za to przeżyć, kupują dom/mieszkanie, wydają na jedzenie, opłaty, mogą też wziąć pożyczę w banku, którą muszą spłacać. Na koniec omawiane są rezultaty i przez kolejny tydzień uczą się jak można było zrobić inaczej. Na tym przedmiocie też piszą CV, uczą się szukać pracy, mają rozmowę kwalifikacyjną w eleganckim ubraniu z zupełnie obcym przedstawicielem firmy. Naprawdę uczą się jak żyć. W High School (szkoła średnia) poszło to wszystko jeszcze dalej. Młodzi ludzie uczą się jak rozwiązywać kłótnie i kryzysy, jak radzić sobie ze stresem, jak nie poddawać się w walce o własne marzenia. Wyobrażacie sobie, że szkoła może mieć wpływ tak szeroko pojęty na wasze dzieci? Uczą się również o każdym narkotyku. Skład, wpływ na organizm, objawy po zażyciu, przyczyny zgonów wśród narkomanów. Nawet jak pomoże to jednemu uczniowi, to warto.

Spotykają się z policjantami, psychologami, nastolatkami dotkniętymi hejtem internetowym. Uczą się czym jest hejt i jaki ma wpływ na hejtowanego i hejtującego. Bo co z tego, że dziecko będzie znało miejsca na całym świecie, gdzie wydobywa się węgiel, czy gaz ziemny… jak nie będzie umiało poradzić sobie z własnymi emocjami czy napisaniem CV. Szkoły amerykańskie uczą nie tylko przedmiotów, uczą też życia codziennego.

W zerówce już dzieci uczą się wiązać buty i zapinać samodzielnie kurtkę (mają to wpisane w pracę domową!)

 

Jest tyle rzeczy, o których chciałabym jeszcze opowiedzieć… Kultura jazdy na drogach. Spokój we wszystkim. Wolontariat, na taką skalę że nie do wiary. Zaangażowanie rodziców w sprawy dzieci… Ale to może zostawię już na przyszły post.

 

Po przylocie tutaj wszystkiego musiałam uczyć się od nowa.

Nie chcę powiedzieć, że Polska mnie nie nauczyła kultury czy szacunku. Chcę jedynie powiedzieć, że kultura i szacunek w Polsce ma ściśle określone granice moim zdaniem. Tutaj jest raczej tak, że nigdy tego za wiele… Nic nie stanie się dorosłemu jak pierwszy powie dzień dobry do dziecka. Nic nie stanie się Pani dyrektor jak pierwsza wyciągnie rękę, albo wyskoczy z budynku z parasolem bo gromadka dzieci idzie a lunął właśnie deszcz.

 

Przebywanie w tych realiach zaraziło mnie amerykańskością zachowań. Upodobniłam się. Nie że jakoś przykładałam do tego wagę. Tak naturalnie. Po prostu. Kto z kim przystaje.

Zmieniło się nie tylko to, że stałam się bardziej uważna i wyczulona na innego człowieka. Zmieniłam się cała ja tak ogólnie. Stałam się lepszym człowiekiem. Któremu nie zależy na tym by oszukać życie, siebie czy kogoś innego… Lekkości i swobody się nauczyłam. I uprzejmości.

 

Jak wszystko na świecie, ma ta moja Ameryka też swoje minusy. Wiadomo że nie jest idealna. Wiadomo, że nie jest to zaklęta w baśń rzeczywistość. Jak wszędzie, jest tu czasem ciężko i niesprawiedliwie…

Ale pokochałam Amerykę za to, że daje ogromne możliwości bycia dobrym, uczciwym człowiekiem. Sprzyja dobrym cechom ludzkim. Powoduje, że chcesz żyć porządnie. Bo widzisz sens tej porządności… Widzisz na własne oczy jak może być jak się postarasz.

 

 

No to teraz słucham was, moi czytelnicy. Dawajcie co myślicie! Przesadziłam w tych pochwałach? Zaniżyłam polskie wartości? Wszystko przyjmę na klatę!

Ale póki co… te naczynia, rachunki i zakupy internetowe ziemniaków i bułek. Odpisywać będę wieczorem.  Moim wieczorem 🙂

 

 

24 komentarze

  • Alicja Lopes |

    Iwonko! Ta Pani dyrektor !!! W angielskiej szkole mojego syna Miss Barker witała dzieci w bramie, nachylala się by usłyszeć najmłodszych, okrywała parasolem, oglądała rysunki, wycierała nosy … potem Filip poszedł do polskiej szkoły, prywatnej , wybranej … i pierwszego dnia usłyszał, ze dla niegrzecznych dzieci pan dyrektor przyniesie oślą ławkę do klasy , i postawi blisko ściany żeby mógł słyszeć te niegrzeczne dzieci … jak mną to tąpnęło , ten przeskok … na szczęście okazało się, ze wychowawczyni była nowa, nie znała dobrze polityki szkoły , ale to gdzieś jest w mentalności naszej, polskiej zapisane 🙁 Ameryką śniła mi się ostatnio, przeprowadzałam się z siostra 😉 ale póki co przeprowadzam się do Portugalii 😉

    • Do Portugalii… wstawiaj zdjęcia na instagramie… obiecujesz?
      Wiesz Alicja, Zauważyłam że w Polsce wielu ludzi próbuje dotrzeć do człowieka (szczególnie tego małego) poprzez strach – bądź grzeczny bo inaczej to… A w innych krajach, na przykład u nas, motywuje się ludzi – witajcie kochani, postarajcie się, my damy z siebie wszystko i wspólnie dotrzemy do celu. Ze strachu jeszcze nikt nie zgrzeczniał… z motywacji – owszem. Ale zanim się to na dobre w Polsce rozkręci, to trochę czasu minie..

  • Fajnie sie to czyta, szkoda tylko, ze nie wszedzie jest jak na uboczu w PA.

  • Ania M. |

    Pięknie napisałaś! Dlatego ja właśnie marzę o wakacjach w USA. Nie po to, żeby zobaczyć „najważniejsze” miejsca, ale żeby poczuć ten klimat.
    Ja mieszkałam 6 lat w Irlandii. Malutka kraina, która nauczyła mnie tak wiele… Chyba przede wszystkim takiej otwartości właśnie. W Irlandii główny szef nie wstydzi się wziąć miotłę i zamieść podłogę. Bo wie, że pracownicy nie zawsze mają na to czas. Dla irlandzkiego szefa to nie jest poniżenie, ale pokazanie, że jestesmy jedną drużyną i nie ma równych i równiejszych. To pokazanie, że żadna praca nie hańbi. Że szef wcale nie jest tylko od „szefowania”.
    Polska owszem, uczy szacunku – ale nieco w innych aspektach. Jesteśmy niejako zmuszeni do szanowania historii, a pomijamy panią sprzątającą czy kasjerów czy po prostu osoby niżej postawione społecznie, ale żyjące tu i teraz. Przykre. No ale może kiedyś…
    Buziaki Iwonko!! :*

    • Tak, bardzo przykre. Przylatując do Polski raz na jakiś czas, nie muszę wysilać się by zwrócić na to uwagę. Już na lotnisku daje odczuć się odmienną mentalność. Przykre jest to że my Polacy próbujemy swoim statusem materialnym czy zawodowym podwyższać swoją wartość jako człowieka. Traktować z góry tych, którym nie było dane znaleźć się w okręgu „wybranych”. I nie chodzi tylko o warstwy społeczne ludzi czy zarobki ale takie zwykłe rzeczy jak np. obsługa przy okienku – coś w rodzaju – Tobie nie dane jest być po tej stronie okienka to nie dyskutuj ze mną, której dane jest. Trochę to smutne. Na szczęście nie wszędzie tak jest. W Polsce też jest masa fajnych, miłych, dobrych ludzi, nauczycieli, pań w okienkach…

  • Zaniżyć polskie wartości? Ależ nie ! Za nami ciągnie się jeszcze komuna, dyrektor to dyrektor prestiż ponad wszystko i nie będzie zasmarkanego nosa jakiemuś dziecku wycierał. A teraz pieniądze, chęć bycie kims, posiadanie wiecej niz sąsiad, wyższość nad innymi przez model samochodu……….itd.zaczynam narzekać,Fajnie to opisałas, i to dobrze,ze czujesz sie tam na swoim miejscu ,ze dobrze sie Ci tam żyje, pozdrawiam.

  • Nie mogę się zabrać za tego posta… Czuję, co w nim jest, o czym i jak zatęsknię, gdy będę go czytać. Bardzo dobrze pamiętam samą siebie po powrocie ze Stanów. I jak tam było – prosto, nawet dla obcokrajowca, który chciał założyć konto w banku, kupić samochód, wynająć mieszkanie, założyć kablówkę. Jak wiele spraw można było załatwić przez telefon!
    I to, jak patrzą tam na siebie ludzie, jak na ludzi, nie przez pryzmat tego, co mają na sobie, ile ważą, gdzie pracują.

    Usiądę dzisiaj z kawą, po pracy, i poczytam, przypomnę sobie ten czas, kiedy wszystko było można, właśnie tam. W Ameryce. Może przez jakiś czas znowu bardziej taka będę:)

  • Ja chyba w poprzednim wcieleniu żyłam w Ameryce, bo tak na nią reaguję, taka mi bliska jakaś choć nigdy w niej nie byłam i pewnie nie będę…
    Uwielbiam Twoje wpisy o Ameryce, chłonę każde słowo, chciałabym zbudować sobie własne wyobrażenie o tym jaka ona jest, jak ja bym ją postrzegała. Co by mi się podobało, a co nie. Dlatego trochę brakuje mi neutralności albo choćby uzasadnienia Twoich opinii. A są same opinie i przykłady na ich poparcie. A wtedy aż chce się je kwestionować. Bo jak czytam to „excuse me” to niemal narasta we mnie irytacja, że ciągle by mnie ktoś bez powodu przepraszał. Kwestia kelnera czy lekarza to też chyba nie jest jakaś kolosalna różnica. Raczej lekarz pytał zawsze moje dziecko jak się czuje, może nie tak z nim rozmawia jak na amerykański filmach, ale rozmawia. To uczenie zasad, z jednej strony brzmi kusząco, bo dobrze wiedzieć jak działa świat i co zrobić, by sobie w nim poradzić ale z drugiej strony tak się wychowuje posłuszne społeczeństwo, które niczego nie kwestionuje jeśli tylko ma co jeść, kompletnie nie przygotowane na to, że świat potrafi zaskakiwać. Tak naprawdę nie ma reguł oprócz tych, że pieniądz rządzi światem, a jego obiegiem garstka wybrańców, ale przynajmniej do pewnego stopnia przewidywalności Ameryka rozumie podstawowe mechanizmy, które sama stworzyła. W Polsce minie jeszcze wiele lat zanim przeciętny mieszkaniec naszego kraju ogarnie jak to wszystko mniej więcej działa.
    Zresztą chyba wolałabym, żeby moje dzieci uczono jak nie brać niż jak brać kredyty… Ale fakt, że gotowanie i zarabianie tak podstawowe elementy bytu są kompletnie pomijalne w polskich szkołach.
    Najbardziej fascynująco zabrzmiało, że Ameryka pozwala być ci dobrym człowiekiem. To piękne, bo tam gdzie czujemy się lepsi nie może być źle. Bo dla porównania Polska jest takim krajem, gdzie mamy dobre serca i dusze, ludzie są naprawdę głęboko emocjonalni i wrażliwi, ale ta walka o przetrwanie sprawia, że mało kto może – nie tyle być – co czuć się tu uczciwym. Mamy bowiem wysokie standardy prawości i uczciwości, a niemal nie da się ich spełniać w polskich warunkach. Myślę, ze to czyni nas frustratami. Nie mamy romantycznych wyborów mieć czy być. Musimy mieć aby być. Rząd, system, pracodawcy zmuszają nas do lawirowania między dozwolonym, a zakazanym. I musimy to robić żeby przetrwać, a kościół dodatkowo wbije w poczucie winy raz na tydzień. W takich warunkach keepsmileing jest po prostu nie możliwy.
    Iwonko więcej proszę, dodaj obiektywizmu i porównań. Twoja sytuacja jest specyficzna, czy jakieś zaprzyjaźnione z Wami polskie rodziny mają takie same odczucia i opinie na temat Ameryki?
    To oczywiste, że postrzegasz ją dobrze. Inaczej po prostu byście wybrali inny kraj do życia. Ja nie widzę siebie zapuszczającej korzenie gdzieś indziej. Bardzo się wymieszaliśmy w ostatnich latach, ale to nasze warunki środowiskowe nas ukształtowały ziemia, słońce, roślinność, pory roku wpłynęły na kolor naszej skóry, kulturę, zwyczaje, wrażliwość. Jedni są szczęśliwi, że mogą się wyrwać z okowów tradycji, inni czują się w niej bezpiecznie. Tak mógłby wyglądać świat idealny. W różnych miejscach społeczności żyjące własnym rytmem i Ameryka, która pozwala posmakować wolnorynkowej współczesności. Żeby każdy miał wybór i miał do czego wrócić gdyby jednak rozmnażanie kapitału nie miało zostać w jego życiu priorytetem. Niestety wolny rynek rozszerzył się na cały świat i wszyscy staliśmy się zakładnikami rozwoju, tyle że w Polsce bardzo pozornego. Chciałabym żyć w Polsce i czuć się tu dobrze. Ale do tego trzeba byłoby wszystkich polityków, urzędników, bankowców, nauczycieli, lekarzy, księży wysłać na szkolenie do Ameryki. Ciekawe czy rozwaliliby system czy czegoś się nauczyli ?

  • Tak mnie wzruszył ten post… I nie za bardzo wiem przez to, co chcę napisać w tym moim komentarzu. Bardziej chyba zależy mi na tym, żebyś wiedziała, że choć w Ameryce nigdy nie byłam, to jakoś podświadomie czuję, że jest tam właśnie tak, jak to opisujesz, tak inaczej niż u nas w Polsce, do której chyba duży żal mam o wiele… Jednego dnia myślę sobie, że dobrze jest jak jest i grzechem jest prosić o więcej. Drugiego zaś napawają mnie zupełnie inne myśli i wątpliwości… Czy to w porządku, że aby nasza czteroosobowa rodzina mogła żyć na godnym poziomie ( wcale nie wysokim, raczej tym średnim ) mój mąż musiał wyjechać do pracy do innego kraju, gdzie robi to, co w Polsce, zarabiając trzykrotnie więcej? Czy to my do tej pory po prostu byliśmy mało zaradni? Czy chcemy za wiele planując elewację domu, zrobienie podjazdu, postawienie garażu? Bo przecież nie narzekajmy- inni mają gorzej…
    Sama nie wiem , jak myśleć. Pracujemy przecież oboje odkąd jesteśmy małżeństwem (prawie 20 lat), a komfort finansowy odczuwam dopiero teraz, gdy płacę za niego rozłąką.Raczej przykre i to do tego stopnia, że poważnie rozważałam emigrację, choćby po to, by w przyszłości nasze dzieci miały lepiej…
    A potem dochodzę do wniosku takiego jak zawsze- że zdrowie najważniejsze, tym bardziej, że od pół roku chodzę po lekarzach z podejrzeniem guza w piersi, który raz jest, a raz go nie ma i dopiero we wtorek nareszcie będę miała ewentualną biopsję, bo przecież ten stan niepewności trwa od jesieni no i ile można czekać…
    Bez ładu i składu to wszystko napisałam, dziś mam gorszy dzień, jutro uśmiechnę się pijąc poranną kawę i podziękuję za to, co mam:-)Bo to tak wiele przecież….

  • Agnieszka |

    Nigdy nie komentowałam , choc twój blog czytam już od dawna. Pomyślałam ze właśnie muszę coś napisac. Mam zupełnie inne odczucia o Polsce niż te pozostające w twojej głowie, ale może wynika to z kwestii mieszkania w małej miejscowości kolo Łodzi. Ja osobiście jestem zachwycona, dzieci moje wracając ze szkoły wchodząc do sklepu zawsze otrzymają smakołyki i drobne przekąski. Naprawdę wszyscy są mili i Pani na poczcie porozmawia szczerze i się usmiechnie pozdrowi . Panie w banku przywitają i powiedzą że pięknie Pani Agnieszko Pani dzisiaj wygląda. Pan na stacji benzynowej jak zapomnę wziąśc pieniędzy to mówi że oddam przy okazji. Pani nauczycielka mojego najmłodszego syna, totalnego urwiska z trójki rodzeństwa powtarza mi że on przecież się wdroży. Listonosz jest przemiłyChyba mieszkam w Ameryce

  • Agnieszka |

    I jeszcze coś, Panie w przychodni zdrowia przemiłe rozmawiające z dziecmi, tłumaczące co , kiedy i dlaczego.
    I szacunek do każdej pracy, mamy gospodarstwo więc ktoś obornik wywozic od koni i bydła musi. Po prostu Ameryka, więc może to nie miejsce tylko ludzie 🙂

  • Magda |

    Cześć Iwonko, czy moge się spytać gdzie kupiłas swoją dużą sofę albo przynajmniej jakiej jest firmy? Wydaje sie po prostu idealna- duża, klasyczna, wygodna, zgrabana. Idealna dla dużej rodziny. Bardzo chciałabym taką mieć u siebie.
    Pozdrawiam serdecznie
    Magda

  • Witaj Iwona, czytam Cie od dlugiego czasu, pare razy zostawilam komentarz. Ten ostatni post „chodzi” za mna od kilku dni. Ktos tu wczesniej zauwazyl, ze nie wszedzie to wyglada tak jak na uboczu PA i ja sie z tym zgadzam. Dodam jeszcze, ze niezaleznie w jakim kraju sie mieszka to prawda jest powiedzenie, ze punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. Ameryka daje duze mozliwosci ale potrafi byc tez bezlitosna. I niestety im dluzej tu mieszkam (a w tym roku mija dwadziescia lat), tym bardzie zauwazam problemy z jakimi ten kraj sie boryka. Wspomne tylko o kilku sprawach. Dzieci w szkolach publicznych sa testowane i w zaleznosci od tego trafiaja do klas o roznym poziomie. Szkoly ktore maja slabsze wyniki dostaja mniejsze dofinansowanie. Edukacja publiczna powinna dawac rowny dostep wszystkim dzieciom a to jest selekcja juz na samym poczatku. Koszty ubezpieczen zdrowotnych to jest jakis kosmos, a juz kwestia zawyzanych rachunkow za uslugi zdrowotne jakie wysylane sa do ubezpieczalni to wg mnie czyste zlodziejstwo. Zdarzylo mi sie byc w przeszlosci pacjentem tzw. self-paid czyli bez ubezpieczenia, placacym gotowka i znizka jaka wowczas otrzymalam byla 70% (!) czyli ta sama usluga jest liczona inaczej w zaleznosci od tego czy placisz z gory czy rachunek ma pokryc ubezpieczalnia. Jesli chodzi o urlopy macierzynskie to Ameryka jest na szarym koncu wsrod krajow rozwinietych. Wysokie koszta zlobkow i przedszkoli. Koszt summer camps jest dla wielu rodzicow nie do przeskoczenia. Mam tu na mysli ludzi o srednich zarobkach. Nie chce tu zabrzmiec jak ostatnia pesymistka, stwierdzam tylko fakty. A juz ostatnie wydarzenia w Sandy Hook, Las Vegas i szczegolnie Parkland (mieszkam na Florydzie, moja corka za dwa lata bedzie w high school) odebraly mi wiare w ludzki rozum. Nastawiam radio w drodze do pracy i czuje bezsilna zlosc sluchajac wypowiedzi republikanskich politykow, ktorzy siedza w kieszeni NRA, nie mowiac o obecnym prezydencie. Mam obywatelstwo amerykanskie i czuje sie tu juz bardziej „w domu” niz w Polsce ale mam rowniez bardzo „odrozowiony” obraz Ameryki. Nie oznacza to ze nie widze pozytywnych stron, po prostu jestem realistka. Jadac do Polski na wakacje tez nie pieje z zachwytu jak to ma w zwyczaju wielu Polakow bo jakos caly czas pamietam ze zupelnie inaczej wyglada kraj ogladany oczami turysty i z dolarami w kieszeni. No i wysokosc emerytur moich rodzicow ktorzy cale zycie pracowali w szkolnictwie stawia mnie mocno na ziemi. Pozdrawiam! Kinga

    • Kingo bardzo dziękuję Ci za Twoje słowa. Realizm. To coś co szanuję i doceniam. Mamy w sobie coś takiego, że swoje chwalimy, jak byśmy sami przed sobą uzasadniali własne wybory. Przez to brzmią infantylnie i niewiarygodnie. I czy ktoś widzi Polskę czy Amerykę w różowych tylko barwach wiadomo, że jest stronniczy. Ale twoja wypowiedź to zupełnie co innego, daje pewne wyobrażenie i chłodzi nadmierny entuzjazm, którym mogą zapłonąć marzenia o idealnym amerykańskim świecie. Pisanie bloga i podkoloryzowanie jest nieuczciwe. Publikując ponosi się pewną odpowiedzialność i nie wystarczy się chować za wykreowanym wizerunkiem „widzę tylko pozytywne strony świata” i udaję, że jak czegoś nie widzę to tego nie ma.

  • Zalewam kawę do połowy kubka, resztę pozostawiam na mleko. Biorę go w dłoń i zachwycam się smakiem kawy… choć nie wiem czym bardziej? Chwilowym przeniesieniem do Ameryki czy smakiem kawy? Uwielbiam wchodzić na Twój blog. Za każdym razem czytam „od deski do deski” i na chwilę pojawiam się w Ameryce!
    Najbardziej urzekają mnie jednak zdjęcia – Twojego pięknego domu, dzieci, ogrodu, amerykańskiego życia! Dzięki lekturze, której mi dostarczasz jestem w stanie zasmakować odrobinę mlecznej Ameryki!

  • Iwonko, a czy to szkoła publiczna czy prywatna? Jestem pod wielkim wrażeniem!

  • No fajnie masz w tej Ameryce, na prawde fajnie. Ale bym sie z Toba nie zamienila. Lubie cie czytac, wogole lubie cie za pozytywne podejscie i spojrzenie i wierze Ci kiedy piszesz o tych wszystkich wspanialosciach Ameryki. Ale jednak nie chcialabym tam mieszkac. Bylam tam raz jako studentka na 6 miesiecy i jakos sie ta Ameryka rozczarowalam. Ciesze sie ze Ci sie podoba, bo trzeba kochac moejsce w ktorym sie zyje.
    Pozdrawiam i pisz
    Julia

  • suungirl |

    Hej Iwona, bardzo ładnie ujęłaś ten temat. Polska szkoła jeszcze dużo się musi uczyć od amerykańskiej. Uważam, że nic się nie zmieniło w Polskiej szkole od lat jeśli chodzi o podejście nauczycieli do uczniów. Nadal nauczyciele swoim zachowaniem wprawiają w ucznia w lęki, strach, poniżenie i brak pewności siebie. Przynajmniej raz w tygodniu słyszę od córki o różnych sytuacjach, w których nauczyciel wywołał w/w uczucia u ucznia. Wywyższanie nauczycieli jest na porządku dziennym. Długo by pisać o polskiej szkole, oj długo i wcale nie pozytywnie. Smutne to. Jeśli chodzi o tolerancję, to oczywiście, uczą się dzieci jej, ale w minimalnym stopniu, i jeśli my rodzice nie będziemy o tym z nimi rozmawiać, to na szkołę nie ma co liczyć, a już na pewno nie w temacie orientacji płci. Może kiedyś się wiele zmieni w polskich szkołach…może.
    Pozdrawiam ciepło 🙂

  • suungirl |

    Hej Iwona, bardzo ładnie ujęłaś ten temat. Polska szkoła jeszcze dużo się musi uczyć od amerykańskiej. Uważam, że nic się nie zmieniło w Polskiej szkole od lat jeśli chodzi o podejście nauczycieli do uczniów. Nadal nauczyciele swoim zachowaniem wprawiają w ucznia w lęki, strach, poniżenie i brak pewności siebie. Przynajmniej raz w tygodniu słyszę od córki o różnych sytuacjach, w których nauczyciel wywołał w/w uczucia u ucznia. Wywyższanie nauczycieli jest na porządku dziennym. Długo by pisać o polskiej szkole, oj długo i wcale nie pozytywnie. Smutne to. Jeśli chodzi o tolerancję, to oczywiście, uczą się dzieci jej, ale w minimalnym stopniu, i jeśli my rodzice nie będziemy o tym z nimi rozmawiać, to na szkołę nie ma co liczyć, a już na pewno nie w temacie orientacji płci. Może kiedyś się wiele zmieni w polskich szkołach…może.
    Pozdrawiam ciepło 🙂

  • Ależ mi się to dobrze Iwonko czytało! Ogromnie dobrze… I powiem Ci, że tej naszej szkoły to boję się bardzo, a zwłaszcza dlatego, że nasze obecne przedszkole nieźle nas rozpieściło. I w nim tak jak w Twoim poście, Pani Dyrektor z uśmiechem dzieci wita, o nikim nie zapomina, kiedy które urodziny ma i z tabliczką czekolady pędzi, zawsze uśmiechnięta. Ci nasi Nauczyciele dzieci uczą tak wiele, że to dla mnie aż nieprawdopodobne. Maja ma na przykład zajęcia z pieczenia ciasta 😉 I tym Paniom wszystko się chce, właśnie ogródek warzywny z dziećmi zakładają. I o szacunku tak dużo rozmawiają i każdego dnia czuję jak te moje maluchy chłoną jak gąbka. I to żadne jakieś specjalne miejsce za duże pieniądze, grupy u nas przepełnione, ale wszystkim po prostu się chce. I ja to bym najchętniej ich w tym przedszkolu do końca świata zostawiła jak słyszę opowieści znajomych o naszych szkołach… Ale cóż, moze znów będziemy mieli farta do ludzi? W końcu często nam się to zdarza 😉 No w każdym razie pięknie mi się to czytało. Ostatnio rozmawiałam z Mężem o tym, że często trafiam na jakieś komentarze, że ludzie w Polsce niemili,, niepomocni, że każdy sam sobie, że życzliwości brakuje, a ja jakoś w ogóle tego nie odczuwam. A niezdara ze mnie straszna i, co chwilę mnie ta ludzka życzliwa spotyka 😉 Jak znów chociażby rozsypałam po sklepie wszystkie pomarańcze i pół sklepu pomagało mi je zbierać :p Albo jak Pan w kolejce mnie przepuścił, bo Antek stał obok i marudził. Jechałam ostatnio tramwajem, też mówią, że tyle tej znieczulicy wokół, a jakaś starsza Pani siedziała i nawet nic się nie zająknęła, a trzy osoby spytały czy się dobrze czuje, bo jakaś taka była niewyraźna. Ktoś wodę zaraz podał… I tak temu mojemu Mężowi opowiadam, a On mówi, że tak to jest tu u nas na pomorzu, że jak w warszawie pracuje to ma nieraz jakby dwóch światów zderzenie, bo zupełnie inni ludzie niż u nas. Więc może i my w Gdańsku mamy taką swoją Amerykę?… Kto wie 😉

  • Joanna |

    Iwonka, super to wszystko opisalas i zgadzam sie z Toba w 100%. Taka wlasnie ta Ameryke i ja widze.
    Dziekuje, za kazdy dzien tutaj. Chociaz 10 lat zajelo mi, zeby mowic, ze tu jest moj dom. Wiadomo – jak wszedzie i ze wszystkim sa plusy i minusy, ale tym jak dziala ten system w szkole jestem zafascynowana. Wydaje mi sie,ze jestesmy szczesciary mieszkajac w „dobrych” dzielnicach i to ma duze znaczenie 🙂 pozdrawiam Cie z wioski obok 🙂

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *