oszalał mi mąż. i czy miłość wszystko przetrzyma?

Kiedy dzieci były małe łatwiej chodziło mi się na spacery. Pakowałam torbę, ubierałam dzieci i szłam przed siebie. Taki spacer był odpoczynkiem. Oderwaniem od walających się wszędzie pieluch, od tego ciągłego płaczu. Najmłodszemu dziecku wkładałam smoczek do buzi i spało parę godzin. A ja z młodszymi zbierałam jesienią liście i szyszki. Wiosną podglądałam ogródki sąsiadów i notowałam sobie w głowie nowe rośliny do zakupienia. Latem opalałam się w drodze i zbierałam kwiaty do wazonu. Nie lubiłam tylko zimowych spacerów. Pewnie dlatego, że nie lubię samej zimy. Ale ogólnie spacer dawał oddech. No i pewnie zgrabniejszą figurę. Bo jak już szłam… to szłam w nieskończoność.

Dziś wybrać się na spacer to dla mnie wyzwanie. Dzieci biegają już wszędzie same. Mam dom, a w okół ziemię. Jest gdzie nazbierać liści i kwiatów, gdzie się poopalać. I chodzić dla samego chodzenia już mi się nie chce. Jak wielu innych rzeczy zresztą.

Zrobiłam się leniwa. Przyznałam to dziś, jadąc samochodem i analizując własne życie.

Taki ostatnio mam problem z chęciami, że zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Przecież mi się zawsze chciało wszystkiego. Rozwijać się miałam chęć. Na imprezę wyskoczyć. Do kina. Do teatru. Do centrum handlowego. A teraz to muszę się najpierw zastanowić czy mi się chce. A już na wyjazdy takie obowiązkowe, po zakupy czy załatwić coś ważnego to kompletnie ciężko mi się ruszyć. Kombinuję tylko żeby kumulować te wyjazdy i wyrabiać się z nimi w jeden czy dwa dni i nie musieć już potem nigdzie jechać.

 

A teraz taka krótka historia. Mój mąż. Jak ja lubię o nim opowiadać! Ale z szacunku rzadko to robię 🙂

Mój mąż będąc niecały rok temu w Polsce miał w górach wypadek. Poważny. Na szczęście oprócz złamanych palców nic mu się nie stało. Spadł wraz z pokrywą śnieżną w dół góry. Chwycił się na szczęście ręką za skałę (stąd połamane palce) i tym samym uratował sobie życie. Tego dnia spadły jeszcze dwie inne osoby. Jedna z nich nie przeżyła. Miał dużo szczęścia.

Za to ja… dostałam za swoje.

Marcin od tamtego dnia oszalał! No wiecie… życie przeleciało mu przed oczami… zrozumiał wszystko co niezrozumiałe… wybaczył wszystko co niewybaczalne… światełko w tunelu itd…

Wrócił do domu odmieniony. Ja to nazywam kryzysem wieku średniego. Choć mój mąż czterdzieści lat dopiero ma skończyć. Ale zdecydowanie to jakiś kryzys.

 

Postanowił zmienić życie nie pytając nikogo o nic. Co ja mówię, nie tyle nie pytając, ale nawet nas nie informując o niczym. A przecież wraz ze zmianą jego życia idzie też zmiana naszego – mojego i dzieci.

Ale mąż mój mówi tak: Całe życie robiłem wszystko dla was. Dla innych. Milczałem tyle razy kiedy powiniennem mówić, krzyczeć! Kłócić się! A teraz będę Żył! Będę żył i to jak!

Życie zaczęło się od siłowni. Poszliśmy tam razem bo i mi przyda się poćwiczyć. To chyba ten wiek zwolnił mi przemianę materii i raptem zaczęły się drobne problemy. Pójdę tam i zobaczymy. Wyszliśmy z zakupionym karnetem na dwa lata. To było cztery miesiące temu, a ja byłam tam dwa razy 🙂 Ale! To podobno norma. Z badań wynika że u około 90% ludzi tak to wygląda. Natomiast mój mąż chodzi na siłownię codziennie. Tak. Trzy godziny każdego dnia. Niczego zaplanować nie można, bo siłownia.

Kupuje sprzęt wspinaczkowy jak szalony. Do tego wprowadził dietę i diametralnie zmienił składniki z których składa się jego jadłospis.

Planuje górskie wyjazdy. Ma mniej cierpliwości. Kupił nowy samochód. A w dodatku robi sobie tatuaż…

Ale że jaki ten tatuaż i gdzie?? – pytam.

– No w Filadelfii – odpowiada.

– Człowieku nie pytam gdzie Ci go zrobią ale gdzie na ciele!

Okazało się że na barku (oo niewidoczny za bardzo, myślę) .. ale będzie przechodził na ramię… i aż do łokcia.

Aha. Tatuaż jak na kryzys wieku średniego przystało.

I książki zaczął czytać! Nie siedzi z telefonem tuż przed zaśnięciem ale z książką w ręku…

 

Wiecie. Wszystko pięknie. On nawet jest przystojniejszy i bardziej interesujący jak tak popatrzę. No fajny facet! I to w dodatku mój fajny facet. Ale życie nam się przewróciło do góry nogami.

Za jego zmianami idą też i nasze. Ale nie mowy o zatrzymaniu. Mój mąż się nie zatrzyma. Nie zrezygnuje z niczego. Bo spadł w górach i teraz o życiu wie dużo więcej.

Czy ktoś z was kobiet czytelniczek miał podobne wyzwania w życiu? Przecież jak ja mam się teraz dopasować z tą swoją zwolnioną przemianą materii? I lenistwem. Na spacer mi ciężko wyjść a on codziennie na siłownię jedzie…

W domu go nie ma dużo więcej niż kiedyś. Mniej czasu poświęca dzieciom  i mi. Zapytać człowiek boi się o cokolwiek bo jeszcze mu się nie spodoba.

Powiedzcie mi proszę, kto się zna? Czy to minie? Ile takie kryzysy trwają? I co on jeszcze może wymyślić??

A ja myślałam że z wiekiem człowiek zwalnia…

 

A potem przemierzając dalej ulice samochodem myślę sobie, że o co mi właściwie chodzi. A niech się On spełnia. Ja się z tego niezmiernie cieszę. Naprawdę cieszę się. Zmienił jakiś czas temu pracę. Żyje mu się wygodniej. Lepiej. Jest szczęśliwszy. A że ja przyzwyczaiłam się do męża spokojnego, rozsądnego, którego nie trudno było przewidzieć to już chyba mój problem.

Przecież zmiany są dobre i potrzebne. Dzięki nim człowiek czuje że żyje. Dzięki nim poprawia się życiowy oddech. Może dzięki temu oddechowi będzie bezpieczniejszy w tych swoich górach, na których punkcie oszalał.

 

Kolejną kwestią jest to, że góry to niebezpieczna pasja. Jedna z koleżanek do mnie mówi: I co? Nie zabronisz mu?

Nie, nigdy mu nie zabronię. Nie mam takiego prawa. Jest wolnym człowiekiem i nie wyobrażam sobie że mu mówię, że czegoś nie może. Mogę namawiać żeby przemyślał i się zastanowił, ale tego też nie robię. Bo właśnie to, a nie co innego, go w życiu kręci. Więc będę obstawać przy tej pasji. I martwić się zostając w domu za każdym razem. Bo to nie jest tak że jestem spokojna. Jestem potwornie zaniepokojona jak wybiera się w góry i to często sam…

Szuka non stop tych swoich szlaków gdzieś osiem godzin od domu i planuje tygodniami. Mi bije serce i boję się zawsze… ale nie można komuś powiedzieć STOP tylko dlatego że jest w nas strach. Strach jest naszym problemem i to my musimy sobie z nim poradzić.

Podobnie jest z dziećmi.

– Nie zabronisz jej wychodzić? – Nie. Nie zabronię.

Pójdzie i się przekona sama. Mój strach nie może decydować o jej życiu.

Wszystko z rozsądkiem. Nie jestem szalona. Ale wychodzę z założenia że ciekawość życia jest ważniejsza niż lęki żony czy matki.

 

Tak czy inaczej będę musiała sobie poradzić z tą dla mnie nową sytuacją.

On nawet zaczyna się wkurzać że oglądamy wieczorami seriale. Nasz rytuał dnia. Który on kiedyś kochał. A teraz? Siedzieć na sofie i oglądać seriale? Jak można w tym czasie tyle rzeczy w życiu zrobić!

Takiego teraz mam męża.

I czy to ja mu muszę tłumaczyć? Czy może on mi?

On odkrył życie po raz kolejny i czuje że to ja nie wiem nic. A ja odkryłam jego kryzys i czuję że to on zwariował…

Więc jaki ma sens tłumaczenie sobie na wzajem?

 

Poczekam. Przyjrzę się. A jak zwariuję albo się rozwiodę to przynajmniej będę wiedziała, że nadal jesteśmy spełnionymi ludźmi.

Nie stawać sobie na drodze jest dużo trudniej niż podejrzewałam. Korci człowieka. Ale to takie głupie i bez przyszłości próbować kogoś zatrzymać bo nam z czymś źle. Nam ma być dobrze, owszem. Ale razem ze sobą. Przy tym każdemu z nas powinno być dobrze jeszcze samemu ze sobą. Ingerowanie w czyjąś indywidualność to ryzykowne posunięcie… I prowadzi do nikąd.

 

A niech mu się po tych górach dobrze chodzi. I niech się uczy życia na nowo. I niech to ciało swoje rzeźbi wbrew genom rodzinnym. I niech je setki sałatek. I się tatuuje. Co prawda takiego sobie go nie wybierałam 😉 ale nadal jest niesamowitym facetem. Mężem i Tatą. A co przyniesie nowy dzień, to przyniesie. Może leń ze sportsmenem też się dogada?

W końcu, podobno miłość sprawia, że wszystko jest prostsze.

 

 

Kilka zdjęć z wypraw Marcina mojego co życie mu się zaczyna 🙂 🙂

 

 

26 komentarzy

  • Iwonka,
    Nie oszalał , zakochał się!
    W życiu się zakochał !
    I Ty Maleńka nie zostawaj w tyle !
    Pasję w sobie odkrywaj , rozbudź, poznaj, polub .
    Rozkochaj się w sobie!
    Bądź bezwględnie blisko męża , spróbuj tę jego pasję zrozumieć , zaakceptować , polubić …
    Baw się życiem i wykorzystaj je najpiękniej , jak tylko potrafisz.
    Zarażajcie się sobą nawzajem.
    Cieszcie się sobą i wspólnym czasem , gdy czas ów wspólnie spędzacie .
    A wtedy zrozumiesz , że to nie szaleństwo , to
    po prostu dobrze przeżyte życie .

    Pozdrawiam bardzo serdecznie .
    Marzena

  • Mój kupił motor .Też około czterdziestki , w grudniu skończył 50 – chyba jest zadowolony , a ja- no cóż muszę zaakceptować 🙂

  • Piękna miłosna opowieść ? z zapartym tchem czytałam? te góry, wyprawy i jeden temat w domu… Podobnie i u nas. Bez swiatelek w tunelu co prawda, ale adrenalina jest. Mój mąż od dłuższego czasu jeździ na rowerze. W zeszłym roku postanowił, że wsiądzie i wjedzie na górę, .tak za jednym razem, 1800 m przewyższenia. Ja miałam stan przedzawałowy, jadąc jego trasą autem i robiąc mu zdjęcia. A on wjechał na rowerze.
    Dobrze, że są emocje, że patrzymy na siebie nie tylko jak na męża i żonę, ale jak na prawdziwych ludzi. W dodatku ludzi z pasją i pomysłem na siebie. Czego chcieć więcej?? pozdrowienia!

  • Mój mąż nigdy nie był dobrym mężem. Ani my dobrym małżeństwem. Wielka miłość, a potem szarpanina, eskalacja problemów, rozjeżdżanie priorytetów i wartości. Ojcem też był koszmarnym. ,Nasze życie ze sobą było tak wyczerpujące, że nawet na rozstanie brakowało sił. W takiej szarpaninie życie się nie wiedzie. Nic się nie układa. Nic nie udaje. A jednak człowiek się przyzwyczaja i tak tkwi w tym chaosie, bo jest tym, co zna.
    Pamiętam jak pomyślałam kiedyś, że czekam na tę jego czterdziestkę i jak mu jeszcze bardziej odwali, to może wreszcie przechyli szalę i znajdę w sobie siły. Chyba ucieszyłabym się wtedy gdybym dowiedziała się o jakiejś kochance albo innych wariactwach, które mi jeszcze bardziej życie wywracają do góry nogami. Naprawdę na to czekałam.
    I stała się ta czterdziestka i miesiące mijały a on jakby dojrzał wreszcie i wydoroślał. Zaczął słuchać więcej niż mówić. Zastanawiać się zanim zrobi, dzieckiem interesować, bez oceniania i wyciągania dennych wniosków od razu, ważyć słowa, jakby pierwszy raz w życiu zrozumiał jaką moc mają i siłę, umysł otworzył.. Pierwszy raz w życiu przez 20 lat zaznałam względnej harmonii, spokoju i przewidywalności. Przestał pić całkiem i palić. Wydawać bezmyślnie pieniądze.Planuje przyszłość spokojnie ale konsekwentnie. Kiedyś jak mu coś do głowy przyszło to albo musiał to mieć już, teraz jak małe dziecko i nieważne z czym to się wiązało a jeśli w żaden sposób tego nie mógł mieć od razu to bez żalu rezygnował.
    Także znowu mi namącił w planach. Już byłam pewna, że po prostu jeśli coś do całego spektrum swoich wkurzających cech coś dorzuci to nie wytrzymam i skończę ten bezwartościowy związek. Nie krzyczałam i nie groziłam. Czułam to całą sobą.
    I ten nieszczęsny kryzys zrobił z niestabilnego, kapryśnego chłopca, sensownego faceta. Podoba mi się to. Nie znałam go takiego. W chłopcu się zakochałam ale byliśmy wtedy wolni i zwariowani. Jeździliśmy stopem, żyliśmy miłością i powietrzem. Ale z chłopcem nie da się żyć w małżeństwie, to cud że tyle wytrzymałam. Chciałam żeby dziecko miało rodzinę. Wiem, że nas kocha nad życie ale to nie przeszkadzało mu rujnować nam codzienności, dołować psychicznie, wpędzać w rozpacz i depresję.
    Czy te zmiany, które zachodzą w kryzysie są trwałe? Sama chciałabym wiedzieć. Gdyby ten mój mąż 20, 15 lub choćby 5 lat temu był taki jak teraz moglibyśmy góry przenieść a tak nic nie mamy. Do niczego nie doszliśmy. Bo on najmądrzejszy ale beze mnie niczego nie był w stanie zrobić a mnie samej też nie pozwalał. O wszystkim chciał decydować, przyznać do błędu nie umiał. Więc w kółko te same popełniał. A potencjał miał. Tylko odrobiny dojrzałości, cierpliwości i rozsądku brakowało.
    Więc może teraz, choć nie jesteśmy w najłatwiejszej sytuacji, z tym jego kryzysem w końcu zaczniemy żyć jak ludzie.
    Tak myślę, że te kryzysy potrzebne są. Nawet w przypadku gdy mąż był mężem a ojciec ojcem. Dzieci dorastają i coraz mniej potrzebują uwagi. Można wreszcie coś robić dla siebie. I wcale to nie musi być parcie na wysiłek i dalekie wyprawy. Jeśli ktoś potrzebuje to jak najbardziej. Ale równie dobrze można potrzebować ciszy, chwil zatrzymania, samotności. Bo to nie jest tak, że Tobie się nie chce. Tobie się chce czegoś innego. Jesteś po trudnych przejściach i to, że nie rzucasz się na wyprawy w góry i 3 godziny na siłowni są najzwyczajniejsze w świecie. Jest czymś ważnym i potrzebnym to co robi Marcin (obserwuję go na Instagramie i widziałam w polskich górach ale nie miałam pojęcia o wypadku) bo umysł dobrze skomunikowany z ciałem to lepsza jakość życia. Wiem, co on odnajduje w tych wyprawach i wysiłku. I dobrze też rozumiem Ciebie. bo sama w różnych momentach doceniałam inne aspekty. Czasem mam tak, że nie ruszę się przez wiele miesięcy. Odpoczywam wtedy, gdy puszczę z wodzy umysł i pozwolę myślom przepłynąć, pobyć z nimi sama, bez ruchu. Kiedy indziej doceniam zrobienie czegoś dla ciała, wprawienie go w ruch, zadbanie o nie, o wysiłek, który tak fajnie wycisza umysł. I myśleć się nie da. Na pewno gdzie po drodze się odnajdziecie. Na miarę potrzeb. Jeśli taki jak mój egzemplarz znormalniał to Twój z pewnością tylko mądrości więcej wniesie, doświadczenia, afirmacji życia. Trzymajcie sieę ciepło. Buziaki.

    • Aniela proszę Cię o kontakt mailowy. Napisałam pod adres który zostawiłaś ale wyskakuje mi błąd.

    • Niezwykle wzruszające są Twoje słowa Aniela….
      Życzę Ci aby te światełko, które się pojawiło na Tobą (i Twoim małżeństwem) rozbłysło całą mocą.

      • Dziękuję dobra duszyczko <3

        • Aniela, ten komentarz jest piękny i ważny dla moich czytelniczek. Te słowa o tym że kryzys jest potrzebny… zdecydowanie się z tym zgadzam. Ale nie z siebie samej. Z Ciebie. Po przeczytaniu tego komentarza. I nawet nie chodzi o to że można poprzez kryzys dojrzeć, znormalnieć… bo nawet ćwiczenia i wyczyny i cokolwiek do głowy przyjdzie.. przecież zmienia się nasz wiek i nasze życie wraz z nim. Mamy chęć na inne rzeczy, zaczynamy lubić co innego.. wpasowujemy siebie w inne wydarzenia, w których nam dobrze. Rozumiem mojego męża bardzo dobrze. Wiem, że tego potrzebuje. Czepiam się tylko sposobu wprowadzania tego całego zamieszania w życie 🙂
          A Twój mąż.. no cóż czekając na romans dostałaś w prezencie dojrzałość męża. Życzę wam szczęścia kochani! Na tej pięknej nowej drodze życia 🙂 🙂
          Ściskam Cię mocno i podziwiam za siłę i wolę walki!

  • Przypomniałaś mi to, co kiedyś ja napisałam….. http://mojablogoterapia.blogspot.com/2016/04/bo.html
    Czasem, żeby być razem, trzeba być obok…

  • Skąd ja to znam… Mój mąż kilka lat temu przypomniał o swojej młodzieńczej fascynacji – siatkówce. Najpierw zaczął od treningów raz w tygodniu, później stworzył własną drużynę, która regularnie trenuje i gra mecze w ramach amatorskiej ligi. Rok temu został poproszony o prowadzenie tejże ligi. Zapytał, co o tym sądzę. Też nie mogłam odmówić, bo jakim prawem, skoro siatkówka daje mu tyle radości. Wkręcił się w to totalnie. Nie ma go często w domu, w tzw. sezonie ligowym rzadko się widujemy, bo przecież oprócz pasji mamy jeszcze obowiązki zawodowe. Ale jak mój stary-nowy mąż wraca do domu po treningu, udanym meczu, sędziowaniu, to śmieje się od ucha do ucha i kocha cały świat. I niech tak zostanie 🙂

  • Jak masz mieć siłe na spacer, kiedy w głowie sie kotłuje [my baby tak mamy], i ta grudniowa sprawa, ktora Cie rozwaliła psychicznie na pewno. W domu zeby był porzadek, obiad, dzieci wyprawic do szkoły i w ciagu dnia tyle spraw załatwic, zeby dom był miły, posprzatany, o siebie zadbac,to wszystko wymaga wysiłku. Wiem bo sama lubie ładnie nakryc stoł,postawic kwiaty, miec codzienny makijaz[bo tak lubie ]. kiedys tez lubiłam spacery, i juz nie praktykuje, za to wole się ubrać i autem pojechać do kawiarni. kryzys wieku średniego? nie lobię tego określenia, ale cos w tym jest. to jest moment gdzie dzieci juz nas tyle nie potrzebują, gdzie zdajemy sobie sprawę, ze nas na pewne rzeczy stać finansowo, bo dom juz urządzony. i fajnie zrobić cos dla siebie. dopóki trzymacie się za ręce ,chce sie razem Wam przebywać to jest ok. pozdrawiam Iwona.

  • PS,. zdjęcia są cudne, pozdrawiam również małżonka i powodzenia .

  • suungirl |

    Przeczytałam Iwona Twój wpis, w poczekalni u dentysty czekając na swoją kolej 🙂 Zdążyłam cały pochłonąć przed wejściem 🙂 Fajnie, że jesteś wyrozumiała dla męża i dajesz mu wolną wolę. To się rzadko zdarza, bo przeważnie kobiety zazdrosne są bardzo o każdą wolną chwilę swoich mężczyzn. Czekam na kolejny wpis, a zdjęcia cudowne :). Pozdrawiam serdecznie.

    • Wiesz tą wolną wolę to on sobie ma nie czeka na moje pozwolenia. A czy to wyrozumiałość?.. no może. Ale wiem że przecież inaczej nie można. To wolny człowiek. Nie zabraniamy sobie niczego. Co najwyżej dajemy do zrozumienia haha – ja szczególnie 😉 ale ogólnie jest dobrze. tak jak powinno być.

  • Mój ma 47lat. 26 lat temu uległ wypadkowi na motorze. Złamał kręgosłup i nikt nie dawał mu szansy na to, że będzie chodził. Po 2 latach spędzonych na wózku inwalidzkim wstał i do tej pory chodzi o kulach. A że to góral i w górach zakochany, to o tych kulach wrócił w góry, i mając pierwszą grupę inwalidzką zdobył Aconcaguę, Kilimandzaro, Elbrus, Mont Blanc i wiele innych szczytów. Na pasję nie ma siły. Ale z drugiej strony właśne to w nich podziwiamy: upór, odwagę i konsekwencje w dążenu do celu.
    Patrząc, jak z trudnością, trzymając się ścian przechodzi z pokoju do pokoju, wyobrażam sobie, ile wysiłku kosztowało Go zdobycie góry, która ma prawie 7 tys metrów.
    A w piątkowe wieczory, gdy jesteśmy razem, oglądamy filmy na kanapie. Ne zawsze te filmy są takie jak On lubi, ale wie, że pątek wieczór to mój ulubony moment tygodnia i bardzo się stara, żeby wtedy było „po mojemu”.
    Pasja nie wyklucza młości do rodziny.

    • Basiu to cudowne. Piękne. Powiedziałam mężowi o tym komentarzu i miał przeczytać. Człowiek który się nie poddaje i nie wmawia sobie że jakiś los czy klątwa, tylko bierze się do roboty, żeby z uzbieranych kawałków coś stworzyć, to wzór dla mnie największy. Godne podziwu. Ściskam was najmocniej! I ten piątek wieczór… Musicie być cudowni ?

      • Iwonko, jesteśmy normalnymi ludźmi, a do ideału bardzo nam daleko:) To co wyprawia moja Druga Połówka niektórzy podciągają pod szaleństwo:), bo po takim urazie rdzenia kręgowego i z taką niepełnosprawnością pchać się w miejsca, gdzie wielu sprawnych ludzi się poddaje to „wariactwo”:) Na szczęście dla mnie tych Jego „wyczynów” jest coraz mniej:) Ale masz racje! Jego świat rozleciał się na kawałki i to w momencie, gdy miał zaledwie 21 lat. Wyszedł rano z domu i miał wrócić na obiad jak zwykle. Niestety do domu powrócił po 4 miesiącach na wózku inwalidzkim. Wrócił tylko na kilka dni, by następny rok spędzić w szpitalu rehabilitacyjnym. Zaczynał swoje życie od początku. Uczył się wszystkiego i sklejał te kawałki „do kupy”. Krzysztof, bo tak ma na imię, mimo tej tragedii stara się żyć normalnie. Mówię stara się, bo są rzeczy których nie może robić. Np jazda na nartach jest dla niego nieosiągalna, ale to właśnie On mobilizuje mnie żebym ja jeździła. Stoi zawsze pod stokiem i patrzy jak ja zjeżdżam.
        Osoby po takich wypadkach i z podobnymi urazami żyją w ciągłym bólu, i mają dni lepsze, i gorsze. Poddać się, odpuścić i użalać nad sobą w takim stanie jest bardzo łatwo. Nie jesteśmy idealni. Jak wszystkie pary mamy czasem gorsze momenty i sprzeczamy się o jakąś głupotę. Czasem nie chce nam się nic, a czasem bierzemy plecaki i idziemy na Babią albo na Skrzyczne, bo obydwie te góry widać z okna naszego domu. Jeśli razem z Mężem chcecie poczytać o niepełnosprawnym, który o kulach wędruje po górach, to w wyszukiwarkę wpiszcie Krzysztof Gardaś. Będzie nam bardzo miło.
        I jeszcze jedno. Na szlaki, które nie są szlakami bardzo, bardzo wymagającymi, jeśli tylko możesz, zabieraj się razem z Mężem. Góry są piękne i dają ogromną ilość radości i satysfakcji. Pozdrawiam serdecznie:)

  • No to ja mniej optymistycznie, bo i w takim miejscu jestem. Mój mąż, jeszcze przed 40 wpakował nas w poważne kłopoty finansowe. W związku z tym musiał dużo pracować, a ponieważ jest lekarzem, zamieszkał w szpitalu. 6 lat temu, kiedy stuknęła mu 40 wdał się w krótkotrwały romans z pielęgniarką. Ledwo to przeżyłam. Ale zawalczył, zawalczyliśmy, dla nas i dla naszych 3 córek. 2 miesiące temu odkryłam drugi romans z inną pielęgniarką…Romansu już nie ma, ale i naszego małżeństwa też nie. Zażądałam wyprowadzki i rozwodu. Cierpią dzieci, ja cierpię, choć bardzo trudno żyło nam się razem przez ostatnie lata. Po zdradzie, przy tak ogromnej nieobecności męża w domu. Iwonka, niech ten Twój Marcin jeździ w te góry! Znajdźcie też coś, co możecie robić wspólnie, jeśli tylko macie na to czas i przestrzeń w sobie. Warto! Koszty emocjonalne, materialne, relacyjne, każde!!! rozstania są po prostu dramatyczne. Piszę o tym trochę u mnie na blogu. Uściski posyłam Asia

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *