rak

Nie sądziłam że kiedykolwiek zdanie lekarza „to może być wszystko” (w tym też rak) może przynieść tak niesamowitą ulgę. Nie sądziłam, że rak jako prawdopodobieństwo może przynieść nadzieję…

Może dodać chęci do wypowiadania słów… jakichkolwiek.

Że to zdanie lekarza niosące ewentualność nowotworu i pewnie z 20 innych chorób, będzie moim ukojeniem.

Że dziś inaczej spojrzę… może kopa dam strachowi. Może w końcu uwierzę, że to może być wszystko… a nie że konkretnie to jest rak.

 

To był zwykły piątek. Spieszyłam się jak zwykle w piątki, bo dzieci od razu po szkole trzeba zawieść do kolejnej szkoły – polskiej. Biegam więc jak w ukropie, pakuję obiad do plastikowych pojemniczków (dzieci jedzą w samochodzie bo czasu nie ma.. szkoła oddalona jest ponad godzinę drogi od domu), zakładam buty, lecę łyka kawy zrobić, wkurzam się na męża bo już dawno powinien być! Ja już obiad nakładam w te pojemniki a jego wciąż nie ma! Jeszcze prysznic musi wziąć przecież przed wyjazdem! Obiadu jak zwykle nie zje.. Boże jaka jestem na niego zła!! Nigdy nie może wyjechać z tej cholernej pracy tak żeby spokojnie coś załatwić! Zawsze na styk! I wiecznie bez obiadu leci.. popychając mnie na każdym zakręcie kuchni bo jak perszing tu mi zawsze…

Samochód męża w końcu podjeżdża pod dom. No ja mu zaraz pokażę! Jak mu powiem to mu pójdzie w pięty (albo i jeszcze co innego), powiem co myślę i nie odezwę się przez całą drogę do tej polskiej szkoły! całą godzinę! z hakiem!

Wchodzi. Mój bojowy nastrój nie zdąża się przebić… Słyszę spokojnie wypowiadane „dzwonił lekarz, na lewym dolnym płucu mam jakąś masę. nic się nie martw badania mi będą robić”

Stop. Pauza. Moje życie…. trudno powiedzieć co się z nim w przeciągu tej jednej sekundy stało… Wiem tylko że but, który trzymam w ręku nieświadomie od paru minut, wypada mi. Zaczynam kaszleć. Nie rzygać, nie płakać, nie krzyczeć… włosów nie rwę, tylko stoję i jak walnięta kaszlę.

Dzieci na przystanku pewnie już zastanawiają się gdzie mama i tata…

Opanować się trzeba, opanować…

 

Mama mojego męża dopiero co umarła na nowotwór. Jeden z najcięższych. To był drugi jej nowotwór. Z pierwszym wygrała walkę w wieku 20 lat… Rak w wieku 20 lat to nie ze starości.. to genetyczne obciążenie. Tata mojego męża wygrał walkę z bardzo ciężkim nowotworem 4 lata temu… Ledwie uszedł z życiem.

I tylko to widzę w tamtym momencie. Tylko tych rodziców i ich nowotwory.. i to że mój mąż to ich syn.

Jedziemy na przystanek po dzieci. Tulę je tak mocno jak chyba nigdy.

 

Potem, późnym wieczorem, kiedy już wszyscy wykąpani i najedzeni… zaczyna się lawina myśli. Nie mogę sobie poradzić sama ze sobą.. szukam czegoś na uspokojenie. Nie rozmawiam o tym z mężem bo widzę że on idzie w wersję „wszystko jest ok, nic się nie dzieje, badania trzeba robić a potem panikować, na razie niczego nie wiadomo”

Nie chcę rozpraszać jego dobrego nastawienia.. ale z drugiej strony wiem że to tylko pozory.. że częściej niż zwykle chodzi do toalety, że mniej mówi, że maluje drzwi w domu do północy, zabiera się za rzeczy które cały czas odkładał… i że brakuje mu cierpliwości.

Cały weekend przepracowuje. I ja razem z nim. Ramię w ramię sprzątamy piwnicę. Szorujemy barierki, schody, pakujemy śpiwory do worków, zamiatamy i przeorganizowujemy garaż. Po tym weekendzie boli mnie każdy mięsień.

 

Kolejnego dnia jest jeszcze gorzej. Wszyscy się rozbiegają do szkół, pracy a ja zostaję sama. Ja i moje myśli w tym wielkim domu.

 

Iwona, napisałaś książkę o sile, mówisz wszystkim wkoło jak wiele zależy od nas samych. Nic jeszcze nie wiesz o tym guzie a już się załamałaś. Na pierwszym malutkim zakręcie! Ty jesteś silna?? Ty jesteś beznadziejna! I oszukujesz ludzi bo sama nie umiesz być silna!! a innym mówisz, że powinni być! Tą książkę to by należało wycofać ze sprzedaży a bloga zamknąć.. Do niczego jesteś!

Nie potrafię wykrzesać z siebie żadnej pozytywnej myśli.. ani jedniutkiej. Nie potrafię nikomu o tym powiedzieć. Nie potrafię nie widzieć przed oczami obrazów, które widzę.

A widzę szpital. Widzę kroplówki. Trumnę… Dzieci ubrane na czarno. Widzę mnie samą z wielkim kredytem na dom. Jak sprzedaję samochód, jak szukam pracy, jak nie umiem żyć. Jak On był i go raptem nie ma.

Nie potrafię inaczej. I to trwa parę długich dni. To tragiczne otępienie umysłu.. I te nawracające obrazy. Jadę samochodem odwieść dzieci do szkoły i bach! obraz trumny stoi mi przed oczami! Idę pod prysznic.. to samo.. I tak co chwilę.

 

Tak ciężkich dni w swoim życiu miałam bardzo niewiele. Chyba tylko przy śmierci teściowej było równie ciężko. Z całych sił próbuję mieć nadzieję i wyznawać zasadę  – ode mnie nie zależy to co się przytrafia ale ode mnie zależy co z tym zrobię. Chcę bardzo! ale nie potrafię.

Wiem że mam do tego prawo. I jeszcze czas na opanowanie. Ale przecież nie ma wyników jeszcze konkretnych żadnych…nie ma realnego powodu… to dlaczego tak bardzo nie potrafię opanować swojego organizmu?

Mówię przyjaciółce. Najmądrzejszej kobiecie jaką znam. Ona pomaga. Nie rzuca frazesami, tylko jak to ona… zawsze wie jak… W sumie to chyba tylko ona tak potrafi. To była dobra decyzja że jej powiedziałam.

 

W końcu mam jakiś lepszy dzień. Robię obiad, czytam, piszę smsy… zwyczajnie. Choć nadal oblewa mnie zimny pot co jakiś czas, to jest trochę lepiej.

 

Kolejny dzień na przekór znów tragicznie ciężki. Znów przelatują mi przez tą głupią głowę te beznadziejne myśli.

Marcin znów napieprza wiertarką do 12 w nocy. Nie odzywa się prawie wcale a jeżeli już to albo z pretensją albo konkretną, krótką odpowiedzią na zadanie pytanie.

Ciężar każdego jego kroku odbija się w mojej głowie. Mam ją już tak pełną wszystkiego, że za chwilę mi eksploduje…

Długi dzień się na szczęście kończy…

 

Odczuwam tak bardzo bardzo – nie potrafię opisać jak bardzo – że kocham mojego męża. Najmocniejszą miłością jaka istnieje. Patrzę jak śpi zmęczony po całym dniu.. Patrzę i myślę sobie, że tragiczna ze mnie żona.

Że ja tak bardzo go nie doceniam. Nie mówię mu często jaki jest kochany. Jaki z niego cudowny tata i mąż. Że wiecznie wymagam i pretensje mam… I zastanawiam się czy on wie, że jednak doceniam go bardzo. Tak totalnie bardzo!

Głupio będzie mi teraz tak wylecieć z tym „bardzo bardzo” bo wiadomo że sobie pomyśli – no tak jak mam raka to teraz ją olśniło…

Głupio mi ale mocno potrzebuję mu powiedzieć. Nie robię tego w końcu…

Za to na drugi dzień kłócę się z nim o 1 w nocy. Tak tak, w środku nocy awantura. Zamknięte drzwi żeby dzieci nie obudzić. On 2 minuty po zakończeniu kłótni chrapie a ja pół nocy nie śpię… Czy to normalne że atakuje się osobę która jest chora? Że ma się do niej żal? O to że jest chora….

STOP!! mój mąż nie jest chory. Nic nie wiadomo przecież! To było po raz pierwszy…

…że przyznałam sama przed sobą, że jest możliwość, że przecież on chory nie będzie. Że przecież nadzieja umiera ostatnia. Że wszystko jest możliwe w życiu, nawet i to że guz na płucu może okazać się czymś innym niż nowotworem.

 

W końcu dostajemy się do lekarza, dostajemy skierowania na kolejne badania i przy okazji słyszymy ” to może być wszystko”. Płaczę. W końcu płaczę. Zaczyna kiełkować we mnie nadzieja… skupiam się na przygotowaniach do przyjęcia komunijnego mojej córki.

Przestaję myśleć. I wgłębiać się tak bardzo w nowotwór, który przez lekarza został nazwany „wszystkim”. Obrazy nie znikają do końca, ale ewidentnie tracą na intensywności. Uspokajam się. Zaczynam przekonywać samą siebie, że wszystko będzie dobrze.

 

Dziś, po długimi miesiącu oczekiwań, dostaliśmy wyniki. To nie rak.

TO NIE RAK. Będziesz żył. Mieszkał z żoną w tym dużym domu, spłacał kredyt, jeździł z córkami na rollecosterach, kosił trawę, wieszał ramki które ona sobie znów gdzieś wyduma, będziesz plecy smarował jej latem na plaży… i jeszcze nie raz i nie dwa pokłócicie się o pierwszej w nocy…

 

 

Zadziwiające jest to, że przez te kilka pierwszych dni czułam prawdziwą utratę. Jakkolwiek nieracjonalnie to brzmi, straciłam na chwilę męża. A teraz go odzyskałam. Spróbujcie sobie to wyobrazić…

Te wydarzenia były dla mnie kolejną szansą na zrozumienie siebie samej… I tę szansę wykorzystałam. Dowiedziałam się czegoś o sobie. Tego, że tak naprawdę o sobie nie wiem nic.

Ale mam plan…

Kochać i pokazywać jak mocno kocham. I nie tracić czasu… którego NIGDY nie wiadomo ile nam zostało.

 

Takie informacje spadają na ludzi jak grom z jasnego nieba. Jednego dnia kupujesz w sklepiku na rogu marchewkę, a kolejnego dowiadujesz się że może wkrótce przestaniesz żyć.

Takie historie są wśród nas. Niestety nie wszystkie okazują się fałszywym alarmem.

W każdej chwili, niezależnie od czegokolwiek, zawalić się może nam świat. Więc dopóki spokojnie nam trwa – nie myślmy o tym, czego w tym świecie nam brakuje. Nie bagatelizujmy zwykłego życia.

 

To zwykłe życie… to nasze codzienne najzwyklejsze… przecież to największy życiowy cud.

 

 

Kilka zdjęć dla was. Resztę zachowuję tylko dla siebie 🙂

 

thumb_IMG_3955_1024 thumb_IMG_3548_1024 thumb_IMG_3549_1024 thumb_IMG_3562_1024 thumb_IMG_3576_1024 thumb_IMG_3580_1024 thumb_IMG_3582_1024 thumb_IMG_3587_1024 thumb_IMG_3590_1024 thumb_IMG_3600_1024 thumb_IMG_3602_1024 thumb_IMG_3609_1024 thumb_IMG_3612_1024 thumb_IMG_3806_1024 thumb_IMG_3719_1024 thumb_IMG_3761_1024 thumb_IMG_3720_1024

 

 

45 komentarzy

  • Boże prawie się pożygałam jak przeczytałam o tej masie na płucu, i ryczę ze to nie to, jak tata mojego Krzysia odchodził właśnie na płuc, być widzieć, strach tak ogromny strach, I teraz ryczę jak dobrze jak to wspaniale Iwona Boże nie myślę co pisze nie układam pisze, Gdzieś na Śląsku o godzinie 20.40 ktoś do Ciebie pisze że tak się cieszy, Jak to dobrze

  • Znam ten strach, te myśli to czekanie. Z autopsji. Miało być łagodnie. Nie jest. Teraz czekam na informację, czy to co poszło, to wszystko, czy to co poszło, to starczy. Czy to koniec, czy początek drogi – tego nie wiem. Nienawidzę niepewności. Strach – znam go dobrze.

    Jak to dobrze, że u was jest dobrze <3
    Trzymajcie się. Badajcie.
    Regularna kontrola to podstawa. To też wiem z autopsji 🙂
    Pozdrawiam 🙂

  • Popłakałam się. Cieszę się bardzo!
    I idę przytulić mojego Bartka i powiedzieć mu znowu, jak bardzo mocno ja jego…

  • Nie umiem sobie nawet wyobrazic przez co przeszłaś. Ta niepewność, ten strach. I ta ulga na koniec. Uczuciowo to pewnie jakbyś do pralki weszła i ma wysokie obroty ustawiła program intensywny 😉 Myśle o was ciepło i posyłam uściski.

  • 1 marca mój Tata trafił do szpitala z podejrzeniem raka trzustki. Wysportowany, szczupły, elegancki facet z dnia na dzień zamienił modne ciuchy na szpitalną piżamę. Nigdy wcześniej nie przeżyłam takiego koszmaru jak przez te kilka dni przed i po operacji. Później czekanie na wyniki histopatologiczne…
    Tata miał raka, którego usunięto, teraz przyjmuje chemioterapię. Czuję się dobrze ale nadal się o niego martwimy.
    Iwonko cieszę się ogromnie, że Twój Mąż jest zdrowy. Doskonale wiem co przeżyłaś. Myśli w głowie są nie do opanowania, o chorobie myślałam praktycznie cały czas. Myślałam co z nami będzie… o planach, o wakacjach, o Mamie, o mojej Siostrze, która za rok bierze ślub, o Bracie, który ma dopiero 17 lat i tak bardzo potrzebuje Taty, o moich dzieciakach, którzy uwielbiają Dziadka…
    Teraz jest już lepiej. Cieszę się z każdego dnia, myślę pozytywnie i modlę się, bo tylko tyle mogę zrobić.
    Pozdrawiam ciepło.

  • Justyna |

    Cieszę sie razem z Wami. Dlaczego tak trudno nam doceniać zwykłą codzienność …Pozdrawiam,Justyna

  • Karolina S. |

    Iwona, Ty byłaś w mojej głowie… Ty wiesz, bo wszystko opisałaś.. znasz te uczucia.. widzisz te obrazy…
    I nie wiem już co gorsze… widzieć w tej trumnie samą siebie czy kogoś, kogo tak bardzo się kocha……
    Przykro mi. I cieszę się. Że się skończyło. Że wieści dobre i więcej tego kochania będzie 😉
    Tulę mocno Kochana!!!!

  • trzymajcie się, całusy 🙂

  • Alina |

    Znam równiez to uczucie strachu,nadziei i bezsilności..Mój tata najukochańsza i najbliższa osoba w moim życiu odszedł kilka miesięcy temu właśnie na nowotwór płuc..Sama osobiście odbierałam jego wyniki badań i nie wiedziałam jak mam mu o tym powiedzieć..Straszne chwile.Mimo tego że staram się normalnie żyć,często w najmniej oczekiwanych momentach dociera do mnie i uderza mnie myśl że mój ukochany tata już nie żyje..
    Dlatego powinniśmy doceniać to nasze życie jakie by nie było i cieszyć się każdą chwilą.
    Cieszę się razem z panią że wszystko jest dobrze.
    Pięknie i jednocześnie tak zwyczajnie opisała pani to co się działo w pani głowie w tym trudnym czasie..
    Pozdrawiam serdecznie

  • Powodzenia…

  • Marta |

    Jak zobaczyłam tytuł posta to poczułam ścisk w gardle. Tak sie ciesze ze wszystko wporzadku….ściskam mocno kciuki za Wasza cała rodzinkę i pozdrawiam serdecznie życząc zdrowia….❤️

  • Karolina |

    A łezki lecą… Pięknie i wzruszająco. Byłam przy tobie myślami od poprzedniego posta, nie wiedziałam kto, co, ale wiedziałam, że będzie dobrze. ?Kocham happy endy. Piszesz o sobie a mam wrażenie, że o mnie. Bardzo podobnie odbieram świat i go analizuje. Mam marzenie poznać cię osobiście. Tymczasem biorę sobie wszystko do serca i ide cieszyć sie życiem ( no i powiedzieć mężowi jaki jest wspaniały- tak rzadko to robię). Życzę wam radości dnia codziennego!

  • Mariola |

    Dziękujmy Bogu każdego dnia za zdrowie i zacznijmy wreszcie doceniać to co mamy, na to mi otworzylas oczy Iwonko, dziękuje… I zdrowia dla męża i dla całej Waszej Rodzinki!!!

  • Jak to dobrze, że to był fałszywy alarm! Tego dziadostwa boję się najbardziej….Trzymajcie się zdrowo przede wszystkim! A dla córki z okazji I Komunii Świętej Błogosławieństwa Bożego na każdy dzień:) Pozdrawiam

  • I zaświeciło słońce:) Cieszę się z całego serca, że już po strachu. I masz racje, że trzeba się spieszyć z okazywaniem miłości. W ubiegły piątek uczestniczyłam w pogrzebie kuzynki mojego męża. Mała 52 lata i zmarła przegrywając roczną walkę z chorobą. Obok jej grobu jest grób jej siostry która zmarła mając 45 lat, też na raka. Patrzyłam na rozpacz matki, która chowała drugą córkę, na bezradność męża i łzy synów i do tej pory nie mogę się pozbierać. Śpieszmy się kochać… Ściskam mocno:)

  • Kongoset_mp |

    Boziulku, Iwona,co Wy tam czuć musieliście …
    🙁
    Kochani, przede wszystkim z d r o w i a życzę, o resztę wiem, że zadbacie najmocniej , jak tylko się da!
    Trzymajcie się!
    Jesteśmy z Wami!

  • AgaWa |

    Uff, jak dobrze. Co prawda bałam się, że problem dotyczy Ciebie, ale mąż to właściwie to samo, w końcu – Druga Połowa.
    Uderzył mnie Twój opis tych okropnych, galopujących myśli, tak bezlitośnie przyziemnych. Na początku roku ja też czekałam na wyniki i zastanawiałam się: w razie najgorszego – kto zaopiekuje się moimi dziećmi? Jak im to powiem? Czy potrafią zrozumieć? Czy mąż sam da sobie z nimi radę, czy połączy wszystkie obowiązki z pracą? A może zawczasu przygruchać mu jakąś dobrą macochę dla moich dzieci, póki jestem i mam na to jakiś wpływ??? Tak, człowiek w krytycznym momencie ma takie durne myśli!! I katuje się nimi tydzień, dwa, miesiąc. Koszmar.
    A potem okazuje się, że to „tylko” tarczyca, myśli znikają w okamgnieniu i wszystko jest takie samo jak miesiąc wcześniej, jakby nie było tego, co pomiędzy. Tylko człowiek jakby już nie taki sam.
    Pozdrawiam bardzo, bardzo ciepło!

  • Ursa_blue |

    Mam nadzieje ze znow bedziemy mogli zjesc po pieczonym ziemniaku, ale bez przerywników na rozbita głowę. Cieszę sie, ze wszystko jest ok. Tak bardzo sie cieszę, ze nawet nie wiesz …

  • Krystyna |

    Iwonko jesteś WIELKA pozdrawiam

  • Selena |

    Iwonko,cały czas myślami byłam z Tobą, choć nie wiedziałam do końca co za ciężar Cię przygniata . Teraz ulga, wielka ulga , że wszystko jest OK ! Jesteście piękną rodziną 🙂 Ja tez staram się cieszyć każdym kolejnym dniem – słońcem , kwiatami tym że obiad smaczny 😉 że mam wspaniałe, kochane dzieci . Życie jest takie kruche .

  • Iwona |

    Kochana, ja dobrze wiem co czułaś , 1,5 roku temu czułam to samo, ogromna złość do niego, do świata, strach o wszystko i ten ciągły ból brzucha …. mój M też porządkował , naprawiał , załatwiał zaległości jakby to wszystko miało być ostatni raz …. ja w domu rzucałam się w pracę a w pracy płakałam …. i to ciągłe napięcie, te nerwy i warczenie na siebie po to żeby potem w nocy trzymać go mocno, żeby nikt mi go nie odebrał ….
    Trzymajcie się cieplutko ….
    Cudowna uroczystość …. Wasza wspólna

  • Paulina |

    Płakać się chciało jak czytałam tekst. Najbardziej cieszę się z happy endu!! Trzymam za Was kciuki. Tak pięknie pisałaś o tych kłótniach, mam podobnie 🙂 Pewnie większość z nas ma potyczki żona kontra mąż, ale one chyba nas budują.

    Ostatnio napisałam, że czekam i tulę do serca. Tulę nadal i jestem pełna radości, że się doczekałam mądrego wpisu.

    P.S. Czytam Twoją książkę, jest piękna, mądra i życiowa. W rozdziale Rodzina, wróciłam do dzieciństwa – pięknego dzieciństwa i kochanej babci, która również mieszkała na wsi i była ciągle w biegu!

    Dziękuję Iwona!

    Pozdrawiam!
    Paulina

  • SUPER ! znów świeci słońce !
    Cieszę się z Wami, że złe obawy zostały rozwiane.

  • Dawno do Ciebie nie zagladalam i teraz czytam ….Boze boze pomyslałam jakbym miała stracić przyjaciela Wspaniale ze jest dobrze musi być ZDRÓWKA i pozdrawiam ściskam przesyłam buziaki Trzymaj się

  • Ściskam Was mocno!

  • OD czasu kiedy napisałaś „czekam” myślałam o Was codziennie z milion razy… jak dobrze wiedzieć, że wszystko dobrze. pozdrawiam Was serdecznie.

  • Jusandre |

    Kurcze, a pod ostatnim wpisem wlasnie pisalam „mam tylko nadzieje ze nie chodzi o TA chorobe”! Poplakalam sie momentalnie, widzac tytul dzisiejszego wpisu.
    A teraz placze z radosci i wzruszenia, ze to nie TO.
    Wiecej nic juz nie napisze, bo mi lzy chlapia na telefon. Ogromne usciski dla Ciebie Iwonko i dla Marcina. Musial byc podwojnie silny – dla siebie i dla Was

  • Ewa M |

    Iwonka jak ja się bardzo cieszę że to nie rak, że Twoje myśli się nie sprawdziły…
    U mojego taty było podobnie, trafildo szpitala z dnia na dzień, nidgy się na nic nie skarżył, nie chorował, tylko kopcił te faje, w sensie papierosy. Pamiętam ten wieczór kiedy bawiłam się z moim maleńkim synkiem i zadzwoniła mama. Powiedziala że tata jest w szpitalu bo jedno płuco ma zaatakowane przez raka. I świat mi się zawalił. Tego wieczoru wylałam morze łez bo wiedzialam ze tata z tego nie wyjdzie. Ja, wieczna optymistka, silna po wielu zawirowaniach. Zalamałam sie, wiedzialam ze moj synek nie będzie miał dziadka, tata nie będzie chodził i pokazywał kurek czy gołębi, nie pójdą na lody tak jak z córeczką mojej siostry…. Tak jak Ty Iwonka widziałam trumnę.. Po dwóch tygodniach Tata odszedł.
    Dlatego cieszę się że Twoje dzieci będą mieć tatę, Ty męza, że Twoje myśli to tylko chwilowa słabość… Uwielbiam Cię czytać, piszesz tak o życiu… Życzę Wam wszystkiego najlepszego 🙂

  • ewela |

    Tak bardzo Cię rozumiem Iwka….Ja bylam na miejscu Twojego męża. ..i równiez tulilam dzieci…-nieustannie i liściki pisalam,tak na przyszłość…Mnie musieli TO usunąć. ..żyję. Ile mnie to kosztowało..psychicznie,fizycznie.O mały włos nie zwariowana,naprawdę czułam,że oszaleję.Mierzylam się z tym,jak potrafilam.Ze szpitalnego łóżka przez telefon odrabialam lekcje ze starszą córką, od młodszej słyszałam o pociagnietych w przedszkolu włosach I o zabawie choinkowe,na której mnie po raz pierwszy nie było i o wywiadowce,na którą poszła babcia….Bardzo się cieszę,że ta zmiana nie wymaga interwencji i przezywania Tego znowu….W Waszej Rodzinie.CODZIENNOŚĆ JEST NAJWARTOSCIOWSZA.

  • Basia |

    Tak bardzo się cieszę tą dobrą wiadomością, łzy stanęły mi w oczach jak czytałam ten wpis, taki prawdziwy i wzruszający. Piękne zdjęcia, na pewno wspaniała to była uroczystość, jakie cudowne masz te córeczki.
    Pozdrowienia dla Twojego męża i dla Ciebie Iwonko.
    PS. Mam, nareszcie mam Twoją książkę, będę się nią delektować codziennie, a potem wracać do niej i wracać i wracać. Nie uwierzysz, ale kupiłam dzisiaj ostatnią sztukę w empiku 🙁 przegapiłabym autobus, bo jak tylko wyszłam ze sklepu musiałam ją obczytać naokoło. Buziaczki Basia 🙂

  • Magadalena88 |

    Wczoraj kiedy przeczytałam wpis to zostawiłam zakupy, obiad. Musiałam to odłożyć bo przez łzy nic nie widziałam. A wieczorem przytuliłam mojego męża… Twój strach był czymś naturalnym. Cieszę się, że to nie to cholerstwo… przytulam Cię mocno z odległych Bieszczad. I masz piękne córki. Cudowne. Bądź silna!

  • gosia |

    Jako,że nie posiadam instagram zostawiam komentarz tutaj dotyczący tego nieszczęsnego znaku ,który to pokazała Twoja córka w kościele Nie jest to znak f….of tylko peace out .Victory znak to dwa złożone palce razem wskazujący i środkowy.Tyle w temacie.Gratulacje z okazji komunii .Pozdrawiam i Peace out

  • eeewelinas |

    Bardzo sie ciesze ze wyniki w porzadku. Caly post mialam nadzieje ze wszystko bedzie dobrze i jest. To musial byc trudny czas dla Was. Najwazniejsze ze juz sie skonczyl. Goraco pozdrawiam.
    Ps. Corka wygladala przeslicznie.

  • Agata |

    Kamień z serca. Zaglądałam kilka razy dziennie czekając na dobrą wiadomość.
    Teraz będę czekać na posty 😉
    Córeczki piękne.
    Pozdrawiam serdecznie
    Agata

  • Gdy zobaczyłam tytuł wpisu – zamarłam. Łzy w oczach miałam po kilku pierwszych zdaniach. Popłynęły strumieniem, gdy przeczytałam, że to nie rak… Iwono jesteś silna, nawet nie wiesz jak bardzo. Możesz tego nie dostrzegać w danej chwili, może Ci się wydawać, że jesteś beznadziejna. Ale to nie jest prawda. Masz siłę! Masz siłę Kobiety, która najmocniej na świecie kocha swoje dzieci i swojego męża. I jesteś z nimi. I będziesz, choćby nie wiem co… Zdjęcia piękne. jagna

  • Maria |

    Jaka ulga, wiem coś na ten temat…. pozdrawiam serdecznie

  • „…Dowiedziałam się czegoś o sobie. Tego, że tak naprawdę o sobie nie wiem nic….”

    Jakie to prawdziwe…
    Dziękuję ci za ten post. Biegnę kogoś przytulić…
    ściskam

  • Iwona, zaglądałam tu codziennie czekając na nowy wpis i zastanawiałam się tylko które z Was… przeczuwałam o co chodzi… A za tytuł notki to powinnaś dostać mocno po d… ;)))) Tak ludzi nastraszyć!!!!!
    Cieszę się całym serduchem, że to nie rak i dziękuję Ci za Twoją 100% szczerość…opisałaś wszystko tak jak to czułaś, bezsilność, bezradność, nawet nocną kłótnię z mężem… prawdziwe emocje prawdziwej kobiety, bez lukru czy dramatyzowania- i dlatego właśnie jesteś Wielka! Szczera, prawdziwa, niezwykle silna kobita! Iwonko, nie wyobrażam sobie nawet przez co przeszliście, ale jestem pewna, że teraz celebrujecie każdą zwykłą chwilę i swoje bliskość na milion procent. Ciesz się życiem, ciesz się mężem i niech Wasza historia pisze się dalej :))))
    Ściskam mocno!!!!!

  • Agnieszka |

    Moja kochana tak się cieszę, że ta gehenna się u was skończyła! Że twój mąż nie jest poważnie chory, naprawdę cieszę się baaardzo! Czytając ten blog od dawna, oglądając zdjęcia twojej rodziny, mimo wszystko staliście się dla mnie bliscy. To straszne co musieliście przeżyć przez te tygodnie niepewności….sama nie wiem jakbym się zachowała. To nie prawda że jesteś słaba i beznadziejna!!! Takie sytuacje wyzwalają w nas różnego rodzaju zachowania, to nasza obrona przed ogromnym, potężnym stresem i strachem! Niesamowite jest to, że często dopiero tak skrajne przeżycia otwierają nam oczy na prostą prozę zwyczajnego , spokojnego życia, którego nie doceniamy w stanach spokoju i stabilizacji. Jak często w pogoni za codziennością nie pamiętamy o czułych gestach do ukochanej osoby, o świadomości jak wiele ona dla nas znaczy! Dałaś mi do myślenia tym postem …co ja bym zrobiła, jak ja bym się zachowała….Ile razy jestem gotowa udusić mojego męża za zwyczajne pierdoły, bywa że wprost nie mogę na niego patrzeć. Ale przecież tak wiele dla mnie znaczy, tak bardzo go kocham jest tak niezbędny w moim życiu. Przecież nie dosyć, że on ciężką pracą zarabia na życie, to jeszcze zaczyna budować wymarzony dom….A dziewczynki…? Chwytać wszystkie piękne i te zwyczajne chwile z życia, mówić ile najbliżsi dla nas znaczą, okazywać miłość, przemilczeć czasami te gorzkie słowa, które aż w język gryzą, gdy mąż znowu nadwyręża nerwy-to od zaraz wcielam w życie. Bo przecież to życie mamy tylko jedno i nikt z nas nie wie kiedy wybije nasza godzina. Pozdrawiam serdecznie i ściskam gorąco.

  • Twój strach znam, jeszcze świeży, z tego roku – tylko, że to u mnie strach – 3,5cm guz na tarczycy, która i tak malutka po wycięciu kilka lat temu, regularne kontrole, a w ciągu kilku miesięcy tak urosło. Niesamowity strach, czekanie na wyniki biopsji, a przy boku 4 letnia córeczka. Nie bałam się choroby, czy że umrę, tylko jak bardzo szkoda byłoby mi małej, nie chciałam by się bała, martwiła o mnie, widziała mnie bez włosów, bez sił, po chemioterapii. I ewentualna moja śmieć, nie chciałam by żyła bez matki, mój mąż jest bardzo dobry, ale czy umiałby kupować jej spineczki, buty, książki i co potrzebuje, kto ją będzie przytulał jak mama, jak bardzo samotna byłaby beze mnie, serce mi pękało. Posprzątałam w szafach, na strychu, przytulałam córcię mocno. Druga kategoria, spoko wynik, mam mieć dalsze kontrole, zwiększona dawka leków. I dosłownie zaraz news – ciąża!!! Tak się cieszyliśmy, coś jak nagroda za ciężkie chwile, wydawało się, że jest już słońce po burzy. Niestety w 7 tygodniu okazało się, że od kilku dni jest obumarłe. Nie załamałam się, ale to było tak ciężkie, wywoływanie poronienia, zabieg, dochodzenie do siebie, serce mi pękało w tym szpitalu, ciągle mi żal tego maluszka, byłby 12 tydzień teraz, rosłoby sobie, a tu…

    Najważniejsze jest zdrowie i bliscy. Po tym wszystkim doceniam tak mocno co mam. Męża i córkę, którzy są moją niesamowitą radością, oparciem i sensem życia. Rodzinę i przyjaciół. Pracę mam dobrą, ale zeszła na drugi plan – to tylko praca. Muszę kończyć. Idę do nich. ZDrówka!!

  • Iwonko aż się popłakałam czytając Twój tekst ale najważniejsze, że wszystko ok…to jest największy strach jaki nas może dotknąc „rak”…
    Jesteś wielka i zawsze będę cię podziwiać

  • Iwonko, czytałam i łzy mi same płynęły, choć spodziewałam się takiego zakończenia.
    Wiesz… nigdy w życiu nie sadziłam ,że tak zostanę testowana przez Boga w moim życiu, przechodzę teraz czas chyba najtrudniejszy w swoim życiu, sama piszę do Ludzi aby walczyli, aby byli silni, że wiara czyni cuda, a ja? teraz stoję i nie mam już sił. Chyba tylko wiara utrzymuje mnie przy życiu, przy jako tako „normalnym” funkcjonowaniu. Nie płaczę już, bo jak mogę płakać kiedy własne dziecko mające 5 lat mówi: „Mamusiu, nie płacz, obiecaj mi to. Ja jestem zdrowa”
    Ściskam Was i pozdrawiam, bo widziałam, że przylecieliście do Polski

  • Wszystkiego najlepszego dla Ciebie i Twojej rodziny!
    To piękne, móc widzieć przelaną przez Ciebie miłość.
    Jesteś wspaniała! 😉

  • Hej! Czytając komentarze zdałam sobie sprawę ile ludzi zostało przytulonych dzięki Twojemu postowi!!! 🙂 Wspaniale jest móc się dzielić swoimi przeżyciami, myślami! To procentuje!!! 🙂 Pozdrawiam! 🙂

  • Zamarłam czytając tego posta… I prawie do końca siedziałam tak cicho czytając, jakbym się bała spłoszyć tę nadzieję.
    Dobrze, boże jak dobrze, że jednak to nie to.
    A od takich myśli, kiedy jeszcze nic nie wiadomo, właśnie próbuję się bronić, bo one są bardziej realne, niż nam się wydaje.
    Kochajcie się mocno! Bo to się liczy najbardziej!!!

    iw vel iw-nowa, pozdrawiam z nowego miejsca
    Twoja imienniczka

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *