to co zostanie napisane

aa1 aa2 aa3 aa4 aa5 aa6 aa7 aa8 aa9

aa10

 

 

Zawsze jest mi lżej. I spokojniej też. Gdy wypiszę niespokojne emocje.

To co zostanie napisane straci na wadze. Zblednie.

Wyczerpie rezerwy znaczenia.

Nawet pozytywne rzeczy, rozpierające dech w piersiach… wypisane stają się bardziej oswojone. Lżejsze.

 

Dlatego właśnie założyłam 3 lata temu blog. Byłam przepełniona emocjami. Znajdowałam się w ciężkim momencie życia.

Blog pomógł mi ogarnąć te rozbiegane emocje. Pisząc o czymś bardzo często uświadamiałam sobie, że właśnie w tej oto chwili sama sobie wymyślam receptę na życie.

Często było tak, że końcowy wniosek w tekście mnie zaskakiwał. I dziwiłam się że nikt inny, ale JA sama to napisałam.

To takie uświadamianie się poprzez pisanie. Uczenie się samej siebie.

Potem zdałam sobie sprawę, że w mojej głowie tkwiło mnóstwo myśli, które niezwerbalizowane były głęboko skryte, a ja byłam ich nieświadoma.

Pisanie pomaga. Uświadamia. Daje radość. I oswaja.

I dlatego…

dziś napiszę

że odbiera mi oddech sytuacja z chorą teściową i kolejny jej pobyt w szpitalu i kolejne wielkie wiadomości

że nie ogarniam zajęć dodatkowych dzieci, które na wszystko chcą chodzić, wszystkiego spróbować, one są trzy a ja jedna a dni w tygodniu jest tylko 5

że remont domu i milion rzeczy które muszę na już wybrać totalnie mnie przeraża, zamiast sprawiać przyjemność

że jestem poddenerwowana ostatnio cały czas

że nie zatrzymuję się nad życiem w ostatnich tygodniach.. nie daję rodzinie i samej sobie poczucia że jestem obecna

że moja siła jak ta wić na wietrze ku dołowi  się chyli

że nie wiem co mam z tym zrobić, jak sobie z tym poradzić, z czego zrezygnować,

że nie wiem, jak ogarnąć życie.

 

I dlatego w niedzielę rzuciłam wszystko i pojechałam na farmę grzebać w dyniach, kukurydzy i brudnych ziemniakach.

Brud oczyszcza.

Słońce grzeje.

Przyroda nastraja.

Dzień spędzony z rodziną – przypomina.

 

Wczoraj płakałam nad skanerem o 12 w nocy. Dziś prawie rzuciłam ekspresem o ścianę (dobrze, że okazał się za ciężki)… I choć nie ogarniam, totalnie dziś znów nie ogarniam… to wiem, że z końcem tego posta mi ulży.

Że poczuję się lżejsza. Spokojniejsza. A wszystkie moje biedy mniej znaczące.

Przecież czym one są w stosunku do prawdziwych ludzkich problemów…?

Aż śmieszne…

 

Jest pierwsza po południu. Idę pokroić wołowinę. Złapać oddech. I zdać sobie po raz kolejny sprawę z tego, że to co nas nie zabije, to nas…

No właśnie.

 

Ulga.

 

 

Bo jak to było? …. – „To co zostanie napisane straci na wadze. Zblednie.

Wyczerpie rezerwy znaczenia”

 

 

37 komentarzy

  • Jak zwykle pięknie i mała ulga ze nie tylko ja tak mam też czasem nie ogarniam domku i obejścia 4 dzieci 2 psów i 2 kotów i tego expresu brak by nim rzucic a nie przepraszam jakis by sie znalazl ale nie mam czasu kapsulek do niego kupic i nie uzywany stoi pol roku pozdrawiam Iwonko

  • Kochana, Twoim dzisiejszym postem zorganizowałaś mi idealny wiatr w żagle 🙂 Czasem myślę, że powinno się płacić Ci jak za terapię, tak potrafisz postawić na nogi. No, uwielbiam Cię i już 🙂 Ściskam mocno :*

  • Oby ta ulga przyszła. I żeby bylo lepiej, spokojniej i żebyś dała radę. Dużo siły i wytrwałości ci życzę! Przez chwile sie bałam, ze napiszesz ze i blogiem masz ochotę „rzucić”, a ja przyznam szczerze- tesknilabym za twoim pisaniem bardzo.
    A na zdjęciach piekna jesień- mimo letnich temperatur;)

  • nieraz nad tym myślę…rzeczy z perspektywy czasu mało istotne w dniu codziennym odbierają nam czas i energię.I na nic powtarzanie sobie, że inni mają większe problemy, że nie warto, ze trzeba przetrwać i przeczekać, ze to minie….Kiedy to właśnie tu i teraz mamy ochotę rzucić tym ekspresem ( a czasami nawet dzieckiem 😉 )! To z tych tu i teraz składa się nasze życie! I mamy prawo do przeżywania … i do nerwów prawo mamy …i całe szczęście do pisania również! Ja czasami nie mam siły usiąść do komputera, czasami nie chcę dzielić się czarną chwilą an blogu…ale wystarczy kawałek kartki i długopis, sklecić kilka zdań i już jest lepiej 🙂

  • sandraTaBezSily |

    Czytam i podziwiam.masz sile i to duza. Ja od kilku miesiecy mieszkam za granica z mezrm i synkiem,sytuacja finansowa nas zmusila.. Myslalam,ze bedzie lepiej,nam jest lepiej ale w Pl zostaly i kredyty i rodzina..ciezko mi to ogranac.caly czas na cos trzeba:( coraz mniej mam sil.. Moj kochany dziadek dzis 77 urodziny mial, wychowal mnie a ja pierwszy raz od 24 lat nie bylam z nim, a jeszcze na dodatek dzis zlamal rękę,ot taki prezent sobie zrobił,. Smutno mi ze nie moge go odwiedzic.smutno mi ze 1 listopada nie pójdę na cmentarz zapalic swieczki Tacie bo 2 listopada zaczynam nowa prace… Smutno mi ze nie moge sobie pozwolic na krotki eyjazd do pl co by mi dal sily bo na ten wyjazd poprostu nie dam rady finansowo,nie mam siły ogarnac mojego zycia:(

  • I znowu tak pięknie napisane… Dokładnie to,co dziś czuję…

  • To prawda Iwonko, pianie bardzo pomaga, pozwala odetchnąć i zrzucić z siebie piętno codziennych problemów, czasem w większym innym razem wniejszym stopniu, ale ulgę daje bez wątpienia. A mając w pamięci fakt, ze zawsze jest ktoś, kto z pewnością ma jeszcze gorzej, dużo więcej na głowie, o stokroć więcej zmartwień i problemów, dobrze byłoby dać sobie chwile i uporać sie powoli z tymi naszymi „biedami”;) Jutro bedzie nowy poranek, nowy dzień i nowe nadzieje oraz siły do działania:) I kto to mówi? he he 🙂 Trzymaj sie „dzielnie”;) pozdrawiam serdecznie PS. Córy to tak juz Ci wyrosły, powiedzialabym, ze Najstarsza Twoja, Środkowa Taty, a Najmłodsza póki co mieszana wiec wspólna :)) Śliczne.

  • Zabawne trochę jest to, że mamy podobne nastroje w tym samym czasie… Jak przypływ i odpływ, jak nów i pełnia… Góra – dół… Ja ostatnio też nie ogarniam życia, nie ogarniam domu, nie ogarniam dzieci… Wieczorami szukam pomysłu, kopię w internecie, szukam recepty, magicznych „5 tips…” Bo przeraża mnie i totalnie przytłacza, że nie potrafię przypomnieć sobie, co robiłam tydzień temu o tej samej porze, że już nie wspomnę, co miesiąc wcześniej, choć tak z grubsza… Zakładam, że to samo co dziś, ale może jednak nie… Mam wrażenie, że umyka mi to co ważne, że wegetuję w tym dzikim, szaleńczym pędzie bardziej, niż żyję. Nawet z trudem przypominam sobie, co robiłam poprzedniego dnia, to jest straszne… A przecież dzieci jeszcze nie takie duże mam, kiedy się nad nimi pochylać, kiedy je kochać, kiedy przyglądać się im jak nie teraz? Heh… Na pocieszenie oglądam czasem „Nigdy w życiu” z Danutą Stenką i jakoś poprawia mi się nastrój – znacie? 😉

  • Trzymaj się Iwona. Po burzy zawsze wychodzi słońce. Tym razem tez tak będzie. Każdy miewa gorsze dni. Miło się czyta, że nie tylko ja tam mam. Czuje się wtedy bardziej normalna:) Dziękuję Ci.

    • mi też zawsze lepiej jak czytam że komuś nie tylko manna z nieba. z drugiej strony jakie to straszne! 😉 i dziwne. Ale lepiej czujemy się zdając sobie sprawę, że nie jesteśmy w czymś sami, że stanowimy część czegoś większego.. no tak jest.

  • monia_maruda |

    Przelewanie myśli na papier porządkuje chaos w głowie, pomaga zebrać myśli, wszystko sobie poukładać. Ale czy myśli przelane na papier tracą na wadze? Ja mam odczucia dokładnie odwrotne. Bo jeśli coś mnie boli i sprawia cierpienie, ale jest niesprecyzowane i mgliste, ukryte gdzieś głęboko w zakamarkach mojej duszy, to mogę udawać, że tego nie ma (przynajmniej przez jakiś czas). Ale kiedy już to napiszę, kiedy to coś pojawi się na papierze czarno na białym, to nie ma odwrotu, staje się wtedy czymś więcej niż mglistym tworem. Litery poskładane w słowa a słowa poskładane w zdania stają się realne, stają się do bólu rzeczywiste i wtedy nie ma już wyjścia – trzeba się z nimi skonfrontować. Dlatego czasem wolę nie pisać, żeby jeszcze chociaż przez jakiś czas pożyć złudzeniem, że jest nawet całkiem dobrze. Niestety wiem, że to rozwiązanie dobre tylko na krótką metę i że trzeba kiedyś będzie stanąć z problemem twarzą w twarz…

  • Droga Iwonko!
    Dziękuję Ci za Twojego bloga po raz kolejny, a najbardziej dziś za Twojego dzisiejszego posta.
    Uświadomił mi on coś coś co już niby wiem od dawna, ale tak trudno samemu do tego dojść. „To co zostanie napisane straci na wadze. zblednie” Przekonałam się już i ja o tym kilka razy, pisząc. I postanowiłam że spróbuję założyć bloga taj jak Ty. Móc wyrzucić z siebie to co nas gryzie, to co nas boli, co nas w danej chwili cieszy i mieć możliwość dzielenia się tym z innymi to cudowna rzecz. I na sercu lżej. Chciałabym bardzo spróbować.
    Pozdrawiam Cie serdecznie!

  • „Pisząc o czymś bardzo często uświadamiałam sobie, że właśnie w tej oto chwili sama sobie wymyślam receptę na życie.

    Często było tak, że końcowy wniosek w tekście mnie zaskakiwał. I dziwiłam się że nikt inny, ale JA sama to napisałam.”

    Bardzo trafnie napisane, ja również dlatego zaczęłam pisać. Na początku nawet nie upubliczniałam swoich zapisków, pisałam dla siebie, do komputerowej szuflady, bo czułam, że jak nie napiszę, to wybuchnę! Poza tym, szkoda mi było puścić emocje w powietrze, tyle się działo, chciałam móc poczytać po jakimś czasie, przez jaki to hardcore przechodziliśmy czasami, gdy dzieci były maleńkie:) Czytać i ponownie uwierzyć w to, że daliśmy radę:) Że to się działo naprawdę! I zgadzam się z Tobą – rozpisane emocje, to jak rozmowa z samym sobą, w towarzystwie osobistego psychoterapeuty. Po „sesji” jestem lżejsza, uśmiechnięta, ułożona:)
    Pozdrawiam. A Twoje „wyczerpie rezerwy znaczenia” – zachwyciło mnie na wskroś!

    • Ja czasem wracam do starych postów i czytam o swoich emocjach. Np. październik w 2013, 2014, 2015 … co czułam co robiłam, jak myślałam… blog to niesamowity zapis życia. Też czuję się lżejsza i bardziej uśmiechnięta po wypisaniu się i opublikowaniu posta 🙂 uściski!

  • Iwona, co nas nie zabije to nas nie zabije 🙂 Tak kończę to zdanie.

    Masz rację – robota oczyszcza. Zmęczenie oczyszcza. Odwrócenie uwagi na inne zajęcie również oczyszcza. To jak ból bólem podobno likwidujemy. Tyle, że nie każdy umie pójść tą drogą. Jedni leżą i płaczą i czekają aż rozwiązanie samo przyjdzie. Inni biorą problem za uszy i walczą.
    Rzuć w moją stronę dynią, albo dwiema 🙂

    Pozdrawiam serdecznie!
    Monika.

    • Zapomniałam o najważniejszym!!! Uwielbiam Ciebie, Twoja rodzinę i Twoje literki 🙂

      • Dziękuję Monika! Niestety każda wyszperana przez nas dynia ma już swoje miejsce w domu lub na talerzu 🙂 więc nie rzucę 😉 zupełnie rozumiem to o czym piszesz.. każdy inaczej podchodzi do wszystkiego. Nie gorzej ani lepiej, ale inaczej, po swojemu. Mnie brudna ziemia oczyszcza jak nic innego, kocham prace ogrodowe, zapach pielenia.. uwielbiam 🙂

  • Kongoset_mp |

    Silna jesteś , mądra ,piękna i zabawna ! Tak trzymaj!

  • Jak to dobrze wiedzieć, że ktoś jeszcze nie ogarnia codziennej rzeczywistości 🙂 Życie to nie amerykański film 🙂 A ekspresem dobrze żeś nie rzuciła, bo szkoda byłoby tego miliona dolarów :)))

    • haha no powstrzymałam się ale jak psuje się coś za milion dolarów to sobie wyobraź wściekłość ;)) a potem okazało się że wciskałam coś co było mokre a miało być suche i że to nie ekspres ale ja nawaliłam 😉 na szczęście przyszła w porę konkluzja..

  • Każdy, najmniejszy problem- nasz, jest nasz i nieważne, że umierały narody, nieważne, że ktoś cierpi nędzę tak niewyobrażalną, że graniczącą z tym, żeby nie chcieć żyć prawie, nasz ból, często duszy, milion niezałatwionych ze sobą spraw, pęd, ten dziki, za czymś, co okazuje się tak często- nie istnieje, jest w tym momencie, w naszej chwili bycia na świecie, największym, najtrudniejszym. Bo naszym. I sami musimy stawić mu czoło, albo się pod nim ugiąć. Mamy prawo do tego, by nie bagatelizować własnego bólu, najmniejszego nawet, mimo, że wokół gdzieś lasy płoną… Mamy prawo. Cudnie mieć miejsca na ziemi, ludzi wokół, którzy dają kopa. W postaci dobrej energii, jakiejś chwili, która wspominana, napędza następny ciężki dzień. Bo dla niej warto dalej… a to, co teraz, choć zaraz zniknie, bywa przecież piękne, mimo trudu.
    Obierałam dziś dynię ze skóry, kroiłam. Szczerze tego nie znoszę ;). Samo jedzenie dyni już przyrządzonej- uwielbiam. Trudno- kroję. Może kiedyś ktoś pokroi ją dla mnie. Oby! Bardzo już na to czekam. Obym wtedy była z tego powodu szczęśliwa ;). Zastanawiam się często, dokąd gonimy… jak uczynić swoje życie spokojniejszym, siebie- bardziej szczęśliwą, pełną, mniej produkującą lęki, mniej żyjącą przyszłością, która pewnie nieraz jeszcze zaskoczy zwrotem akcji zupełnie niezależnym. Gdy z pokorą trzeba będzie pochylić głowę i zmienić bieg. Zastanawiam się i póki co… zwalam na cywilizację i postęp ;). System, w którym tkwiąc, nie mogę poczuć się w pełni ani matką, ani człowiekiem. Zaś bardzo mocno ostatnio- niewolnikiem. Mimo smutku w myśli, pozdrawiam serdecznie i ciepło z dziś pochmurnego Pomorza :).

  • Oj jest tak, u mnie tez. jak potrzebuje to pisze i sama nie wiem jak posta zakoncze. Ze zdjeciami tez mam podobnie, czasem wiem, ze musze wziac aparat i popstrykac, a czasem w ogole nie chce mi sie po niego siegnac.
    Sily Iwonko i rozjasnienia mysli…

  • Ogromnie się cieszę że trafiłam na Twojego bloga, dodaje mi siły…Każdy z nas ma swoje problemy i dla każdego te problemy osobiste są „największe”. Patrząc na Twoje zdjęcia widzę miłość, szczęście, spokój..pewnie niejedna z nas marzy o takim życiu…Ktoś dobrze napisał, że „czytanie Ciebie” to psychoterapia:). Poczytam i przychodzi spokój..z reguły nie wchodzę na blogi, ale ten Twój przykuł moją uwagę „na dobre”. Pozdrawiam:)

  • Mówisz,że jak napiszę to przyjdzie ulga… Piszę to ja, o 4 w nocy, z niemowlaków na sobie, tak śpimy. Przechodzimy kolki-niekolki, niewiadomo co. Malutka placze dzień i noc, ja płaczę z nią, czasami wychodzę z siebie czasami wychodzę z pokoju. Zmęczona i nawet najmniejszy problem się podwaja. Wiem, minie. Ale kto ogarnie dom, starszaka, jakis obiad i mnie samą już teraz? Ale wiem też,że malutka zdrowa, że niektórzy to mają problemy, starszak zdrowy, mąż wspiera, dom duży do sprzątania,ale ciepły, że mała chociaż na mnie,ale przynajmniej śpi,że jest 4,a ja piszę,a nie płacze. Przepraszam, że bez ładu i składu,ale zmęczona, zmartwiona, szukam pocieszenia. Jak w jednej kobiecie może być tyle emocji: miłość, złość,bezsilność,czułość,rozpacz,siła,gniew,bezradność,naładowanie baterii po to by po 5 min rozkleic się i płakać. Patrzę na mojego męża i mimo pracy,pomocy w domu,zmęczenia potrafi jakąś bez zbędnych emocji się spiąć. Ach,te baby 😉 więc…..mówisz
    …ze to wzmocni….. 🙂

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *