biała sukienka

img_5592

 

Często, bardzo bardzo często zapatrzę się na drzewa i wiatr kołyszący nimi spokojnie. Na trawę koszoną regularnie co tydzień. Na chwasty, na które nigdy nie ma czasu. Na pobitą doniczkę z której wystają korzenie Petunii.

Na własne, niedoskonałe paznokcie. I na milion innych względnie ważnych rzeczy.

Przy każdej zmianie sezonu wypatruję lata, jesieni, wiosny.. tylko na zimę nigdy nie czekam.

Pochylam się na biedronką i złamanym szczeblem w drabinie. Nad kredowym rysunkiem domku na podjeździe.

Żyję najpiękniej jak umiem i otwieram oczy na wiele drobnych szczegółów, bez których nie dałabym rady być szczęśliwą.

Jestem zadowolona. Z miejsca w którym się znajduję. I z tego co mnie tu doprowadziło. Z trudnych wyborów i nieskończenie ciężkich przeżyć bez których nie byłoby mnie tu dziś.

Kręci się wkoło to życie. Ubywa go coraz znaczniej…

Jest sobota. Kręcę się w białej sukience. Mam zamknięte oczy. Trawa miękka pod stopami. Unoszę do góry ręce. Czerwone paznokcie kontrastują z bladymi dłońmi i niebieskim niebem. Otwieram oczy i widzę trzy, moje własne – córki. Stoją i na mnie patrzą.

– Mamo co Ty robisz?

– Kręcę się.

– A czemu?

– A czemu nie?

– Bo masz 40 lat.

– No mam. I właśnie dlatego.

-?? – zakłopotane są…

– Kręcę się bo takie momenty są mi bardzo potrzebne.. – jestem pewna że ta odpowiedź nie rozwiąże ich wątpliwości.

– A po co potrzebne?

– Chodźcie tu do mnie, opowiem wam coś…

Nie czekały, pobiegły….

 

One pobiegły. Ja stoję.

Zapatrzę się tak czasem na nie.

Wtedy najbardziej i najmocniej potrafię się zapatrzeć. Najsilniej przeżyć ten dziejący się moment. Najsilniej zdać sobie sprawę, jak one szybko rosną… To jak biegną teraz na wprost krzycząc na całe gardło – to przecież tylko chwila. Nim się obejrzę moje dzieci zatrzymają się… czasem. Zapytają o zdrowie. Posiedzą przy kawie… i niestety odejdą. Do swoich spraw.

I choć na samą myśl o własnej bezpretensjonalnej starości ściskam się cała w sobie, to wiem że muszę im pozwolić… na to wszystko o czym wolałabym nie myśleć…

 

I życiu, na bycie życiem.

 

 

Gdyby nie uciekły wtedy w sobotę, zaczekały cierpliwie zamiast przed siebie gnać, opowiedziałabym im pewną historię.

O dziewczynie która kręciła się wkoło w białej sukience.

Było to jakieś 30 lat temu. Miałam około 8, potem 9,10,11 lat.

W wolnym czasie, czy to były wakacje, ferie czy 1 Maja, jeździłam do Babci na wieś.

Ta wieś… co to była za wieś.

Uwielbiałam to poczucie bycia w innym świecie. Odrywałam się od miasta, telewizora, odkurzacza, młynka, miksera, wanny a nawet toalety. Przyjeżdżałam w zwykłość, prostotę, ciepłą pierzynę, piec kaflowy, kamienną ulicę jedyną we wsi.

Z kuzynką uwielbiałyśmy „chodzić na szukanie przygód”. Szłyśmy przed siebie a przygody same wchodziły nam w drogę…

Nigdy tak mocno, jak tam nie doznawałam takich prawdziwych, prostych dziecięcych emocji. Radości z tarzania się w sianie, podglądania sąsiadów, wspinania się na dachy i drzewa, nurkowania w piwnicy pełnej ziemniaków. Wiecie jak człowiek wtedy śmierdzi ziemniakami? Tego nie można zapomnieć.

 

Na tej wsi żyła pewna dziewczyna… Przyglądałam się jej często ukryta w krzakach za stodołą. Zawsze jak wychodziła z domu ja kucałam, żeby mnie nie zauważyła. Bo gdyby tylko zauważyła schowałaby się natychmiast w domu.

Bardzo często miała na sobie białą sukienkę. Na moje oko i moje wspomnienia była to sukienka mamy, może babci.. w każdym bądź razie sporo na nią za duża.

Dziewczyna była trochę dziwna. Płochliwa, trochę zniekształcona (jakby pochylona na jeden bok), i zbyt spokojna jak na dziewczynkę w naszym wieku. Miała ciemne, długie włosy. Siadała często na pniu drzewa i patrzyła przed siebie. Bardzo często też w niebo. Kładła się na trawie czasem. Ale najbardziej zapamiętałam momenty gdy kręciła się z głową uniesioną w górę. Kręciła się tak, że dostawała zawrotów głowy i padała na ziemię w tej białej sukience. Wstawała, odkręcała się w drugą stronę z trzy razy i znów kręciła do upadłego…

Nigdy nie widziałam jej w wiejskim sklepie. Nigdy w polu. Nigdy przy zbieraniu mleczy na miód. Przy studni…

– Babciu dlaczego?

Babcia zawsze odpowiadała, że dziewczynka jest inna… Nie taka jak inne dziewczynki. Zawsze dodawała też że tam u Tych i Tamtych są dzieci gdybym chciała się z kimś pobawić.

Dziś wiem że była lekko niepełnosprawna fizycznie i prawdopodobnie psychicznie.

Nie wiem skąd wzięło się u mnie tak silne wspomnienie. I te pomysły na podglądanie.

Pamiętam jak skradałam się czasem by zobaczyć ją z bliska. Jak podchodziłam pod jej dom wieczorem żeby w rozświetlonych oknach zobaczyć jak mieszka.. Jak wracając skądś dokądś ukradkiem wciskałam wzrok w jej podwórko.

I pamiętam jak którychś wakacji zniknęła…

– Babciu dlaczego?

Byłam już wtedy starsza i zdawałam sobie sprawę dlaczego kręci się bezsensu w tej białej sukience, dlaczego nie wychodzi prawie nigdy z domu i nie chodzi do szkoły. Zrozumiałam więc w mig, słysząc tłumaczenia babci, że rodzice ją oddali.

Babcia próbowała wyprowadzać mnie z błędu, mówić, że to nie tak… jakkolwiek by jednak nie ubierała w słowa, ja zawsze  zrozumiałabym że ją oddali.

Miałam koszmary przez jakiś czas… strasznie to przeżyłam.

 

Po latach zostało mi wspomnienie i obraz najpiękniejszej białej sukienki i kruczoczarnych włosów falujących w słońcu.

I czasem sobie się kręcę. Staję na środku podwórza, boso na trawie i kręcę się do zawrotów głowy. Z wiekiem zdarza mi się to jednak coraz rzadziej. Ale uwielbiam te chwile..

Kręcę się wtedy wbrew światu.

Pod prąd.

Na przekór.

W imię życia.

Wierzę, że każdy z nas ma prawo mieć swoje zwariowane chwile. Przy piątce dzieci, przy chorych rodzicach, przy dobrze prosperującej firmie która wciąż od nas wymaga. W zdrowiu i chorobie. W dzieciństwie i dorosłym życiu.

Każdy ma prawo wyjść na trawę któregoś dnia i zakręcić wbrew swój świat.

 

A bo ja wiem czy dobrze czy źle mi się to wszystko pokojarzyło… Czy to, co z tej historii we mnie wniknęło ma jakiś sens? Nie mam pojęcia czy komukolwiek kręcenie się dodaje sił. Powietrza. I wiary w siebie.

Czy komukolwiek kręcenie kojarzy się z marzeniami…

I czy komukolwiek oprócz mnie przyjdzie ta dziewczyna na myśl któregoś dnia.

Nie chcę o niej myśleć, gdzie jest i czy w ogóle jest… Chcę pamiętać ją w tej białej, długiej sukience na zielonej trawie.

Bo to jak nic kojarzy mi się z wolnością… i marzeniami.

 

Tylko czy moje dzieci, w tych zupełnie innych czasach by zrozumiały to wszystko? …. Może i dobrze, że pobiegły wtedy przed siebie…

 

 

34 komentarze

  • The Lovely & co. |

    Ja lubię czasem wyjść w samej koszulce na nasz balkon. Taki z obdrapaną poręczą. Taki, z którego po stromych schodkach można zejść do ogrodu. Lubię tak usiąść na skraju tego balkonu.. bose stopy oprzeć o zimny metalowy stopień. Lubię ogarnąć to wszystko wzrokiem. Kury u sąsiada. Jego indyki. Lubię wstrzymać oddech kiedy jego czarny królik skrada się do nas podjeść mlecze. Wieczorny wiatr rozwiewa mi włosy. Sąsiad wychodzi zapalić papierosa. Życie się toczy. A ja to życie w końcu czuję. Czuję każdym zmysłem, że to życie w końcu zaczynam szyć sobie na miarę. :*

  • justynacieslik |

    Jak Ty potrafisz wciągnąć człowieka w ten Swój świat. Pięknie, jak zawsze.

  • Wspinam sie na drzewa, leżę w trawie i patrzę na chmury i czesto kręcę sie do upadłego w białej sukience. Jak byłam mała i zobaczyłam cos pięknego to otwierałam szeroko oczy i z całych sił starałam sie nie mrugnąć. Zaciskałam piąstki, a potem powieki i wierzyłam, ze zastrzymuje te chwile na zawsze. Dalej czesto tak robię. Czekam na każda porę roku, pozwalam unieść sie myślom i uczuciom. Świat jest piękny aż do łez. Albo ja tych wzruszeń za dużo w sobie mam.

    • to jest nas z tymi wzruszeniami dwie. nadwrażliwość emocjonalna to moja cecha, którą raz lubię a raz nie. często nie pozwala się nie martwić..często pozwala prawdziwie w pełni żyć. grunt to okiełznać to trochę i dopasować do warunków i sposobu swojego życia. i można z tym żyć :*

  • Karolina S. |

    Iwonko, ja też miewałam takie wakacje, na takiej wsi prawdziwej, z ludźmi różnymi i przygodami co to na dróżce „do źródełka” i pod dębem na nas czekały.. ach, co to były za czasy… I ta beztroska.. I ludzie… bardziej znajomi, i Ci nieco mniej. Ci bardziej zwyczajni i Ci interesujący inaczej.. każdy miał jakiś wpływ na to kim dzisiaj jestem.. I ta ciocia, co to u niej lalki jedna obok drugiej na koronkowych serwetach poukładane i Pan Stefek, co najlepszego konia we wsi całej miał i sąsiadom wszystkim pomagał.. No i bliźniaczki z naprzeciwka, które tak pieszczotliwie „tośkami” przez młodzież okoliczną nazywane.. właśnie przez to, że były troszkę upośledzone. Ale ile one właśnie radości w moje wakacyjne życie wprowadzały..
    Dziękuję Ci, że obudziłaś we mnie te wspomnienia.. to ciepło w sercu..
    Ty kręcisz czasem swoim światem, ja staję na naszej górce, krzyczę sobie i nasłuchuję jak echo niesie.. Taki powrót do tamtych lat.. I nie uwierzysz.. bo właśnie dzisiaj robiłam to z własnym synkiem.. I ten błysk w Jego oczach oznaczał tylko jedno..
    .. jednak troszkę do siebie podobni jesteśmy :)))

    • :)) niesamowite 🙂 przekazałaś echo z pokolenia na pokolenie! Na wsi mojej babci była taka kobieta która miała 90 lat i paliła papierosy i też ją podglądałam przez okna. Do tej pory lubię ludziom w okna zaglądać haha. Jak mieszkaliśmy w poprzednim domu i szliśmy na spacer to żadnego okna nie pominęłam. Wiedziałam już które nie mają żaluzji i szłam sobie i mówię np. oo sofę przestawili :)) A najstarsza córka zawsze wtedy mówiła że jej za mnie wstyd 😉

      • Karolina S. |

        Haha :)))) To w takim razie mój syn też się będzie za mnie wstydził; ) też mam słabość do cudzych okien..

  • Dziękuję

  • Te wakacje na wsi ach…moje dzieciństwo tam spędziłam każdy weekend każde ferie i wakacje i to najpiękniejszy czas w moim życiu…twraz juz tego nie ma już dzieci na wsi tak beztrosko nie biegają, nie siadają na rowach, nie jedzą niwdojrzalych jabłek czy śliwek, nie biegają boso po burzy w klaluzach na asfalcie…ech staram się aby moje dziecko miało choć twgo namiastkę ponieważ tak pokierować się moje życie ze za mężem przyszłam na wieś i uczę swoje dziecko tej beztroski staram się dawać jej swobodę 🙂
    Doceniam to łapanie pierwszych promieni słońca na tarasie, ta wspólna kawa w biegu ale wdychajac ta ciszę w około… Dziękuję Ikonki bo przypomniałam mi te piękne czasy dzieciństwa i jeszcze jak zawsze pomagasz doceniać to co mam :-*

  • W inscenizacji którejś części Nad rozlewiskiem Grocholi jest podobna scena z Kaśka … Kręci sie w białej sukience i wola ukochanego 😉 tak mi sie skojarzyło 🙂 piękny ten wpis Iwonko

  • Zanim miałam dzieci korzystałam z życia ile się da: podróże z moim obecnym mężem, narty, snowboard, karczmy, rolki, wycieczki, góry, morze, wspinaczki, jeziora, łódki, ogniska, spotkania bez powodu z przyjaciółmi…… mnóstwo cudownego czasu, którego nie dostrzegałam, nie doceniałam. Odkąd od 6 lat jestem mamą mogę tylko pooglądać zdjęcia z „tamtych” czasów i planować, kiedy dzieci będą większe… 🙂 Jednak dopiero teraz dostrzegam „TE” różne cudowne chwile, zatrzymuje się czas kiedy podglądam i podsłuchuję rozmowy dzieci, ich radości, zdziwienie i euforię „bo motyl wpadł do domu”, „bo spadł pierwszy śnieg”, „bo udały się wreszcie przy trzecim przepisie gofry”…. Mnie dzieci nauczyły zatrzymać się i docenić, zachwycić zwyczajnym życiem, dniem, chwilą….
    A te podglądanie innych to chyba każdy z nas ma- po co nam byłyby blogi? Gdybyśmy przez chwilę nie chcieli zajrzeć co tam u Was słychać, jak dziewczynki czy remont kuchni :*

    • haha z tymi blogami to prawda 😉 Joasiu, co do podróży to z dziećmi są one też absolutnie możliwe! My od początku zabieramy dzieci na każdy wyjazd. Pierwszy lot samolotem nasza najstarsza córka odbyła w wieku 4 miesięcy, kolejna miała rok a trzecia to nawet już nie pamiętam. Zabieramy wszystkie 3 i zwiedzamy jak szaleni 🙂 np. byliśmy we Włoszech kiedy jedna miała 3 latka druga 5 i trzecia 9. Zeszliśmy kilometry! zwiedziliśmy wszystko.. Oczywiście że to wymaga od nas wysiłku i dyscypliny i cierpliwości ale jest tak samo ekscytujące a cieszy jeszcze bardziej bo maluszkowi takiemu pokazujesz świat…
      Uściski i pysznych gofrów życzę 🙂 a gdyby przepis jednak nie był doskonały to ja mam świetny!

      • och poproszę o ten przepis na gofry- ten który mam jest ok ale tyle z tym roboty……. Byłabym wdzięczna.
        Co do podróży to masz rację- ja tylko zawsze boję się co będzie jak…….. chociaż w sumie nigdy nic się wydarzyło. Może masz rację! Na razie jedziemy w październiku w Bieszczady w 4 (2+2) więc przekonam się. Dzieci w sumie już nie małe 6 i 3, a nigdy nie byłam jeszcze w Bieszczadach i tak mi się marzyło.

        • Podaję :
          Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej (to ważne)
          Ważna jest też gofrownica. Powinna być dość głęboko żeby gofry wychodziły grube a nie cieniutkie takie ostatnio modne.

          Składniki:
          1/12 szklanki mąki (dużo dużo lepsza jest mąka do gofrów, ja robię z mąki wrocławskiej Lubelli)
          czubate pół łyżeczki proszku do pieczenia
          2-3 łyżki cukru
          szczypta soli
          2 jajka
          1 szklanka wody
          1/4 szklanki oleju

          1. Mąkę mieszamy z proszkiem i solą
          2. Zółtka, cukier, woda i olej mieszamy oddzielnie
          3. Białka mieszamy ze szczyptą soli

          Przelewamy punkt 2 do punktu 1 i szybko mieszamy ubijaczką. Dodajemy ubite białka i delikatnie łączymy (najlepiej drewnianą łyżką)
          Odstawiamy na parę minut i w tym czasie nagrzewamy gofrownicę.

          Przepis na najlepszą bitą śmietanę:
          1 opakowanie śmietanki do ubijania (u nas jest to 470 ml) z 2-3 łyżkami cukru pudru zmiksować. I śmietanka gotowa 🙂

          Smacznego!! wychodzą chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku. pyszne!

  • również lubię zagapić się na wiatr, na poruszane liście drzew w ogrodzie i w lesie, lubię zmienność pogody, lubię nawet deszcz jak o dach stuka. I też potrafię sie zadumać nad moimi dziećmi i pozwalać na to co może i nie powinnam. Być może troche trzeba przeżyć chwil niezbyt szczęśliwych aby później dostrzec… musi upłynąć wiele lat, trochę dojrzeć .. nie zawsze to widziałam. Ale teraz kiedy już blisko do tej 40, bliżej niż do 30 jest dobrze i wszystko to widzę, całym sercem. I dostrzegam. I jak mi dobrze z tym wszystkim.

    • no mi też było nieziemsko dobrze jak do 40stki było tylko blisko a nie już po ;))) Żartuję oczywiście bo uważam że nasze szczęście zależy od tego co mamy w głowie a nie w metryce 🙂 Uściski Asiu!

  • Poczułam się tak jakbym tam była z Tobą 🙂 uwielbiam te Twoje wpisy. Odplywam wtedy. I płynę razem z Tobą, piękne chwile!!! Dziękuje…

  • Czas tak szybko płynie. Piękne wspomnienie choć z nutkę smutku.

  • Pięknie napisane, daje do myślenia.. 🙂 Jeszcze raz dziękuję, że zostałaś na blogu :**
    P.s. Wydaje mi się, że dzieci rozumieją więcej niż nam się wydaje..
    Uściski!

    • Też tak myślę.. ale zawsze zastanawiam się jak chcę im coś przekazać, czy to nie za dużo jak na ich małe główki.. czy zrozumieją, czy wiedzą o co chodziło w tamtych czasach i że nie można pewnych rzeczy odnosić i porównywać z dzisiejszym światem. Ale to pewnie każda ma takie dylematy 🙂 dziękuję za miłe słowa 🙂

  • Wies u babci kochalam i pamietam te wakacje do dzis. Najprostsze codzienne czynnosci byly najwieksza frajda. Plewienie ogrodu, karmienie psa, trzymanie mruczcacego kota na kolanach.
    Mnie takie cudne uczcucie ogarnia na hustawce, czasem sobie pozwalam, a kiedys trafilam na taka ogromna, na drzewie, az piszczalam, a dzieciaki sie gapily.
    Kiedys nie bylo odpowiedniej opieki dla takich dzieci i niestety byl to temat tabu. Pamietam taka dziewczyne z naszego osiedla…

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *